Na krawędzi wulkanu

4. Katowice JazzArt Festival 2015 / part 2

Niezaprzeczalny urok długotrwających festiwali, prócz sprawy oczywistej jaką jest przeżywanie muzyki i doświadczanie różnych dziwnych stanów, których na co dzień się nie doświadcza, jest taki, że zmienia rytm dnia. Wprowadza do niego pewien atrakcyjny rytuał. Zazwyczaj włącza mi się coś takiego w trzecim dniu OFF-a (albo Taurona), czyli w zasadzie wtedy, kiedy wszystko się już kończy, ale w grafiku IKKMO znajdują się przecież wydarzenia bardziej rozciągnięte w czasie - Ars Independent, A Part czy właśnie Katowice JazzArt Festival. Dni mają swój cel, są jakieś punkty trwałe na horyzoncie, jest reżim, jest element wędrówki, nocnej włóczęgi po mieście. Chaos, niesparcelowana rzeczywistość, a z drugiej strony ścisły porządek i hierarchia. Lubię ten stan, tę cykliczność, dyscyplinę, której sam nie potrafię sobie narzucić. Teraz piszę, za jakiś czas zrobię odsłuch Joe Lovano Village, a potem będę już tylko czekał do wieczornego koncertu w NOSPR, który po raz pierwszy gości festiwal w swoich nowych murach.

Weekendowe występy w Hipnozie różniło od siebie między innymi to, że jedna ekipa przyznawała się do związków z Johnem Zornem, druga nie, przy czym bardziej zorne’owsko zabrzmiała oczywiście ta ostatnia. Na tym spostrzeżeniu można byłoby zbudować niezły koncept, gdyby tylko opierał się na rzetelnych przesłankach. To znaczy: nie jest nieprawdziwe, że Troyka nie zabrzmiała zorne’owsko, choć gwoli ścisłości słyszałem w ich repertuarze również Zappę i Freda Fritha (o tych wzajemnych relacjach pisał zresztą The Guardian w ubiegłym roku). Było więc sporo eksperymentalnego jazzu, rocka, bluesa i bardzo dyskretnej elektroniki – słuchałem tego z wdzięcznością i sentymentem – bo jeśli chodzi o naukę muzycznej awangardy, to zaczęła się ona u mnie dosyć późno, ale właśnie od Freda Fritha i Johna Zorne’a. Nawiasem mówiąc podczas researchu natrafiłem na informację o progresywnorockowym trio z Kanady z lat 60. i 70. o tej samej nazwie, i tak się zastanawiam czy ta jazzowa ekipa z Wysp Brytyjskich jest kontynuacją kanadyjskiej Troyki? A może wyrazem hołdu złożonego kultowej, progresywnej i psychodelicznej formacji? Nigdy wszakże nie spotkałem się z praktyką „przejmowania nazw” bandów, zdarzały się reaktywacje, powroty na scenę w nowym składzie, ale zawsze istniało jakieś połączenie między starym a nowym, jakiś powód reaktywacji – wokalista, który przyszedł detox, perkusista, który uwierzył w Boga (albo przynajmniej pałeczki perkusisty w charakterze relikwii).

Natomiast przyznawanie się Blumenkratza do związków z Zornem jest oczywistością, ponieważ Blumenkranz po prostu realizuje projekt twórcy Tzadika – kto wie, czy nie największy w ogóle w historii muzyki projekt muzyczny, zakrojony na rytualną liczbę 613 utworów (613 przykazań Tory). Masada Book Two i Psychomagia (wg Jodorowskiego), którą zrealizował kwartet Shanira Ezry Blumenkranza i Abraxas (notabene istnieje również neoprogresywny odpowiednik, tym razem na polskiej scenie muzycznej), to zaledwie ułamek wielkiej muzycznej teologii Zorne’a. Muzyka jeszcze bardziej radykalna niż utwory z Azazela, Asmodeusa czy Balana (w wykonaniu Cracow Klezmer Band). Tak mi się przynajmniej wydaje. Radykalna, energetyczna, żywa, głośna, fluktuująca. Rytualny żydowski rock (i punk) XXI wieku, jak twierdzi lider – człowiek z sefardyjską przeszłością, ale ukształtowany przez Amerykę, i trudno się z tym nie zgodzić. Jego gimri (w charakterze basu) kiedyś uzdrawiała Algierczyków, teraz również generuje transowy rytm, co prawda z nieporównywalnie większym BMP – ale tego domaga się też dzisiejszy odbiorca muzyki rockowej.

I proszę sobie wyobrazić skalę kontrastu, kiedy dzień później w sali kameralnej NOSPR występuje Maria Joao, portugalska wokalistka, która z głosem i mimiką potrafi zrobić dosłownie wszystko. Proszę sobie wyobrazić Bjork i Bittovą w jednym głosie, a w warstwie wizualnej – kolaż wczesnego Bellmera, portretów Fridy Kahlo, japońskiej mangi i anime. Bo rzeczywiście Joao rozgrywa na scenie choreograficzny spektakl, coś pomiędzy teatrem lalek (sceniczny kostium i wizaż, automatyzm, jakaś zagrana nieporadność i niewinność) a współczesnym przeglądem tańca – czy może właściwiej należałoby powiedzieć – ról tanecznych, bo każdy taki sceniczny gest jest oczywiście ironiczny. W repertuarze zresztą ironię też widać, zwłaszcza w coverach (np. cover Britney Spears). Dawno też nie widziałem artysty, który posiadałby taką umiejętność dialogizowania. Z publicznością, własnym zespołem, ale też z sobą samym, z kulturą. Joao jest mistrzynią scenicznego dialogu. Opanowała go do perfekcji.

No i cóż, zawędrowałem również na Piastowską 1 na emisję „A Great Day in Harlem” Jeana Bacha. Wspiąłem się na czwarte, czy może nawet piąte piętro, na krawędź wygaszonego wulkanu. A potem znalazłem się w kraterze wygaszonego wulkanu. I pomyślałem, że nie można było znaleźć lepszego miejsca dla filmu o pięćdziesięciu siedmiu jazzmanach, z których tylko dwóch nie stało się jeszcze cieniem.

Radosław Kobierski

Czerwiec 2015

Blumenkranz's Abraxas plays Masada Book Two, fot. R. Kaźmierczak

Blumenkranz's Abraxas plays Masada Book Two, fot. R. Kaźmierczak

 

 

 

 

 

 

Maria Joao, fot. R. Kaźmierczak

Maria Joao, fot. R. Kaźmierczak

 

 

 

 

 

 

 


Powrót