Linia życia

Metavera Art Festiwal 2014

Był rok 98, może nawet 99, nie pamiętam dokładnie; moja pamięć zawsze szeregowała obrazy nielinearnie. Jeden z pierwszych Zbiegów na Dziko. Na pewno nie Św. Jan Na Dziko, bo ta impreza odbyła się tylko raz, w Chorzowie, i z pewnością Piotra Szmitke na niej nie widziałem. Bardzo możliwe, że prezentowaliśmy wówczas swoje arkusze poetyckie. Każdy z nas już był już co najmniej po debiucie, ale pisaliśmy dużo, bo wierzyliśmy, że to ma sens i są ludzie, którzy chcą to czytać. Część wystawy była już gotowa, resztę instalacji – wedle praw performance’u – Piotr generował „na żywo”.

Manifest metawerystyczny obchodził już chyba 10. urodziny i całą pracę Piotra Szmitke przenikał jej duch. Szkice, rysunki powstawały na kalkach, a te zestawione razem tworzyły jakieś wielopoziomowe konstrukcje o zanikającej liniach. Palimpsest, który nagle ujawnia wszystkie skrywane tajemnice. Przypominały plany jakichś chaotycznego metropolis, atlas anatomiczny ciała, w którym nagle zobaczyłem i Starowiejskiego, i kubistów, i Lebensteina, i Bellmera. Jeden twór. Awangardowa jakaś grupa Laokoona. To było pierwsze spotkanie z artystą, o którym w zasadzie można by powiedzieć – bez ryzyka nadinterpretacji – że był artystą-instytucją.

Drugi raz spotkaliśmy się już na tzw. prywatnym gruncie, choć przy okazji wydarzenia publicznego. Chyba w Bielsku. Po wystawie. W knajpie. Kilka zdecydowanych lat później. Facet sformułował przecież ideę, z ducha postmodernistyczną (choć krytyczną), ale jakby jeszcze bardziej radykalną. To mi było na rękę, bo sam szukałem różnych dróg, różnych form wypowiedzi. W plastyce, literaturze, fotografii. Wychowany raczej na modernistę niż na postmodernistę, w jakiejś – trudnej mi dzisiaj do zrozumienia – wierności jednej (zawsze dość apodyktycznej) muzie, szukałem po prostu absolucji. Rozgrzeszenia. Któż inny mógł mi go udzielić niż Szmitke – herezjarcha, artysta totalny, kapłan owej Witkacowskiej wielości form w sztuce?

Miałem nadzieję na kontynuację tych zjawiskowych zderzeń, ale nigdy już do niej nie doszło. Wiadomość o śmierci Piotra zastała mnie gdzieś na Kaszubach. Była tak nieprawdopodobna, że w pierwszym odruchu uznałem ją za fejk. A potem, kiedy już do mnie dotarło, uznałem że i tak dostał dużo czasu. Mógł mieć więcej, zgoda, ale jak na człowieka, który żył potrójnie, może nawet poczwórnie, jak na człowieka, którego życiem można byłoby obdarzyć tuzin innych artystów, 58 lat to był całkiem niezły wynik. I dobrze, myślę, że w Kato nikt nie czekał, aż pamięć po Piotrze Szmitke rozpłynie się w tym oceanie symulakry, cieszę się, że powstał festiwal o wielkim rozmachu, w którym dane mi było uczestniczyć na wiele sposobów – jako słuchacz (świetna audycja Ewy Niewiadomskiej – „Nie wszystkie jego twarze”), jako widz (koncert w Rialcie – pełen przepaleń, perforacji w materii czasu i strukturze muzycznej – niemal jak owe rysunki na kalkach sprzed dekady, pokazy filmowe „Hodowca symulakrów” i teatralne w Korezie), wreszcie jako jeden z wielu gości wystawy, która od pierwszego dnia towarzyszyła festiwalowi „Metavera”. Wystawy, do której ciągle wracałem jak do źródła. Z taką linią, taką kreską lekką, a zarazem przecież ostateczną, spotkałem się tylko u Nowosielskiego (zadziwiające jest, jak bardzo różne były ich linie życia). 

Radosław Kobierski

Listopad 2014


Powrót