Niezależność i zaangażowanie

Podsumowanie Ars Independent Festival

Stało się. Festiwal osiągnął swoją kulminację, moja zdolność absorpcji również się wyczerpała po pięciu dniach siedzenia w kinie po osiem godzin. Niedzielę już sobie darowałem, postanowiłem ochłonąć, pozostawiając kinomaniakom i desperatom sekcję Out of Competition i ostatni film z retrospekcji Bruce’a LaBruce’a. Gdybym jeszcze narzekał na brak wrażeń, istotności, ale przecież każdy dzień przynosił kolejne doświadczenia, mniejsze lub większe olśnienia, zarówno w animacji jak i w filmie pełnometrażowym, a nawet w cyklu „Wydarzenia specjalne” – podróż po muzycznych, żelaznych drogach globu – Europa Train Score, multiinstrumentalna i multiwizualna trochę skojarzyła mi się z prozą W.G. Sebalda; chociaż może nie tyle z prozą, co ze ścieżką muzyczną wybitnego dokumentu – „Patience (After Sebald)”.

W istocie po emisjach nie miałem już sił na afterparty ni sekcję „Louder”, przegląd Marioli Brillowskiej i Galerię Miasta Ogrodów, choć wypadało być przynajmniej raz, zobaczyć, powiązać (albo nie) z resztą wydarzeń. Nie byłem, żałuję, ale cyborgiem nie jestem, genów Turritopsis nutricula nikt z moimi genami też nie pożenił, więc odnawiać się nie mam podstaw.

Co się jednak z tego obrazu wielokrotnego, doświadczonego przeze mnie wyłania? Po pierwsze – ten festiwal nie miał słabych stron. Nigdy nie punktowałem poniżej dwójki (a i to robiłem z rzadkością), na żadnej projekcji nie zasnąłem, z jednej emisji wyszedłem przed czasem, ale było to „przed czasem” bliskie końca filmu. Twórcy przyjechali, odpowiadali na pytania, widownia „Światowida” od drugiego dnia była niemal w komplecie. Animacje wykorzystywały chyba wszelkie dostępne techniki tworzenia, w pełni profesjonalnie (a dla mnie – zajmująco), było sporo dzieł zaangażowanych, surrealnych, sporo odwołań do różnych „testów” kultury. Duże historyczne narracje i zupełnie kameralne historie, futurystyczne arcydzieła i rodzimy folklor.

W głównym konkursie startowało siedem filmów długometrażowych i tu w zasadzie dało by się wydzielić zasadę, która wszystkie obrazy jakoś spajała. Albo zasady. Generalnie w „filmie niezależnym” mówi się niewiele (wyjątkiem była „Klasa wyrównawcza” Tverdovskego), raczej opowiada obrazem. To jest powód – tak myślę – do nacisku i dbałości o warstwę wizualną. Kino niezależne – mówię to po doświadczeniach dwu ostatnich edycji festiwalu – dawno już przegoniło mainstream. A przynajmniej mainstreamową większość. Taką drobiazgowość (a nawet finezyjność) w kształtowaniu kompozycji kadrowej, kunsztowne operowanie barwą – spotykam już tylko na Bliskim i Dalekim Wschodzie – u Kim-Ki-Duka, Farhadiego, Kiarostamiego, Semiha Kaplanoglu, czasem w polskim filmie (Szumowska, Krauze, Koszałka).

Druga zasada – kameralność. Wszystkie filmy festiwalu łączy w istocie ograniczenie obsady do minimum. W „Afterlife” Virag Zomboracz skupiamy się głównie na trudnej relacji ojca i syna, w „Hubie” Sasnalów, „Skuszonych” Mariano Bianco, „Klasie wyrównawczej” – to relacje między mężczyzną a kobietą. Jedynie „Jest, jak jest” Lavanderosa i „Drzewo” Sonji Prosenc to przykłady „nieklasycznych, sproblematyzowanych trójkątów”. „Młody poeta” – najmniej udany film Ars Independent, minimalizuje obszar poszukiwań do jednego bohatera (chociaż prowadzi on zarówno rodzaj dialogu z żywą dziewczyną, jak i martwym poetą).

Zasada trzecia to obecność (przeważnie w tle) systemu. Jest niemal tak jak w słynnym „Widmie wolności” Louisa Bunuela (dosłownie ewokowanym w „Drzewie”) – niemal zawsze istnieje jakaś bariera albo siła (rodzina, system patriarchalny, prawo odwetu, gang narkotykowy, romantyczny mit, represyjne państwo i system edukacji), która wpływa na wybory i losy bohaterów, albo doprowadza ich do kapitulacji i obojętności, albo niszczy w sposób bezpośredni, w otwartej konfrontacji. Mógłbym zaryzykować stwierdzenie – a wybranie Bruce’a LaBruce’a na przewodniczącego składu jury tylko ten fakt potwierdza – że w tym roku w sposób wyjątkowy narzuca się nie tylko „niezależność”, ale i zaangażowanie twórców w sprawy społeczne i polityczne. Zaangażowanie nie wprost, ale za pomocą niedopowiedzeń i metafor. Jeśli Mann był produktem swojej epoki, która wierzyła w społeczną misję literatury, to dokładnie to samo możemy powiedzieć o kinie niezależnym początku pierwszej dekady XXI wieku. Przy czym rewolucyjne gesty już się wyczerpały czy też zostały zdewaluowane (tak dzisiaj ogląda się właśnie „Raspberry Reich” LaBruce’a – jako obraz zupełnie anachroniczny), i kino próbuje jakiejś łagodniejszej formuły, żeby nazwać swoje zarzuty. Sam Labruce zresztą poszedł tą samą drogą, co potwierdza jego najnowszy, wybitny pod każdym względem film „Gerontofilia”. W ciągu dekady od „Rapsberry Reich” stało się z LaBrucem wszystko. Dojrzał, stał się wrażliwy na barwę i kompozycję, obciął pazury i przestał tyle gadać o rewolucji. Poza tym Pierre Garbiel Lajoie... C'est la beauté très dangereux. W istocie jest to „Śmierć w Wenecji” opowiedziana na nowo.

 

Radosław Kobierski

Październik 2014


Powrót