Niepodległość trójkąta...

... czyli A PART na półmetku

Kinoteatr Rialto, Teatr Rozrywki i Teatr Korez – te trzy punkty, trzy wierzchołki trójkąta wyznaczają przestrzeń akcji teatralnych festiwalu A PART. Zanim teatr wyjdzie na ulice, od których niegdyś zaczynał swoją nowożytną historię, zalęgnie się między ludźmi, zarazi ich drogą kropelkową. Albo i nie. Niektórzy są odporni na wszystkie teatralne bakcyle i bakterie. Zdecydowana większość populacji ma solidną barierę immunologiczną na teatr. Z reszty, która zostaje, kolejna większość woli rozrywkę w stylu „Halo Penis” czy „Kogut w rosole”. Z teatrem jest – zdaje się –  tak, jak z poezją. Polską poezję czytają tylko ci, którzy ją piszą, plus garść akolitów. Nic nowego. Krakowskie przedstawienia teatru Cricot 2 w Krzysztoforach, co widać w dokumentacjach telewizyjnych, do tłumnie odwiedzanych nie należały. Spektakle Lupy, Warlikowskiego, Jarzyny tę dynamikę zmieniły, ale nie u nas. U nas „Wymazywania”,  „Kruma”, czy „4.48 Psychosis” nie grano. O ile pamiętam. Chociaż Krystian Lupa urodzony w Jastrzębiu, Jarzyna z Chorzowa. Villqist też. I Agnieszka Krukówna. Taki potencjał. Do roboty tu przyjeżdżali z całej Polski. Z kulturą było wręcz odwrotnie.

Czy to się zmienia? Bez iluzji. Kilkadziesiąt osób na każdym przedstawieniu, nie więcej. Ale frekwencja rośnie, jeśli liczyć od „Ziemi Gomo” i „Dos a Deux (Plecami do siebie. Akt drugi)” francusko-brazylijskiej Compagnie Dos a Deux. Na „Showcase Trilogy” w chorzowskim teatrze pojawia się już miejscami walka o miejsca, spektakl „Via Negativa” zapełnia połowę Korezu.
Jesteśmy już na półmetku, można pokusić się o pierwsze podsumowania.
Siedem spektakli, a w moim przypadku nawet osiem, bowiem „Ziemię Gomo” obejrzałem dwa razy. Przekrój poprzeczny przez niektóre przynajmniej tendencje we współczesnym teatrze. Dwa spektakle ewidentnie przegadane, oparte na podobnym pomyśle narracyjnym i próbie dekonstrukcji teatralnej iluzji. Myślę o „Oops!” Anity Wach/Via Negativa i „Now…?” czeskiej trupy Divadlo Continuo. Porywacze ciał z „Partyturami rzeczywistości” – projektem na granicy kabaretu – i wreszcie dwie sceny wykorzystujące elementy teatru gestu, tańca i physical theatre – myślę mianowicie o Compagnie Dos a Deux, którzy wzięli na warsztat etatowe dzieło teatralne Becketta, oraz Cie Etantdonne z „Trylogią Prezentacji”.
Od razu zaznaczam, że mogę być tendencyjny, chociaż i bezstronny, jak przystało na krytyka literackiego zajmującego się przypadkiem kwestiami teatru. Chociaż jak wiadomo, przypadki to szczególna forma konieczności. W każdym razie pośród różnych teorii przypadku ta zajmuje szczególne miejsce. Physical theatre to moja ostatnia miłość. Nieodległa epifania. Zaczęło się od brytyjskiego DV8 z jego koronnym dziełem „Enter Achilles” i zawładnęło mną całkowicie. Poza tym nie znoszę w teatrze słowotoku. Ideałem pod tym względem była „Ziemia Gomo”, w której wszystko odnosiło się do upadku, ale nie padło żadne słowo. I „Showcase Trilogy”, w której przemawiał tylko taniec. Przemawiał wymownie. Ktoś powie: teatr współczesny musi żywo reagować na to, co współczesne, a tym, co wyróżnia czasy, w których żyjemy, jest gadulstwo, nieustanna paplanina, zlew informacji. Coś, co nie zostaje wypowiedziane, w zasadzie nie istnieje. I tu, w rzeczy samej, należało oddać hołd „Partyturom rzeczywistości”, które dyskurs medialny, popkulturowy i popsychologiczny słowotok doprowadziły do absurdu. Doceniam gest i pomysł, ale sam od teatru (skrajny idealizm?) oczekuję rzeczy mniej doraźnych. Czego oczekuję? Estetyki? Metafizycznego wstrząsu? Jakby to napisał Witkacy, w końcu spec od „czystej formy” – ekstremalnego poczucia dziwności istnienia? A niech mnie, zaryzykuję – czyżbym też oczekiwał od teatru nadziei na spełnienie levinasowskiej odpowiedzialności za Innego?
Dlaczego nie? – myślę. Dlaczego się nie spodziewać? Może nie wszystkich naraz, w nadmiarze, ale każdego po trochu? Być może Godot zawiódł na wszystkich liniach, być może Godota wcale nie ma i nigdy nie było, a wspólnota, którą zawiązuje oczekiwanie, jest pozorna i runie razem z pierwszym ukłuciem deziluzji, ale odpowiedzialność dalej jest aktualna, dalej pozostaje imperatywem. Takie jest, myślę, przesłanie spektaklu Dos a Deux – reaktywowanego po 15 latach od premiery. Poza tym są też sceny, które pracują na całe spektakle. Błyski geniuszu. Breughlowskie błądzenie w podziemnym (i naziemnym) Hadesie w „Ziemi Gomo”. Scena finałowa „Showcase Trilogy” z równie finałowym, zremasteryzowanym fragmentem „Le sacre du Printemps” Strawińskiego. Albo choreografia zdecydowanie najlepsza w spektaklu Compagnie Dos a Deux. Doprowadzona do perfekcji.


Podsumowanie półmetka festiwalu? Proszę bardzo. Francja rulez!

 

Radosław Kobierski

 


Powrót