Na Ziemi Ulro ("Drzewo Aniołów. Życie i śmierć Williama Blake'a" - esej na głos i kontrabas)

Przygoda moja z Williamem Blakem zaczęła się dosyć wcześnie, bo w liceum, a to za sprawą albumu Blake?a w serii ?W kręgu sztuki?

Na Ziemi Ulro - „Drzewo Aniołów. Życie i śmierć Williama Blake’a” - esej na głos i kontrabas 17 października 2013 roku w Domu Oświatowym

Przygoda moja z Williamem Blakem zaczęła się dosyć wcześnie, bo w liceum, a to za sprawą albumu Blake’a w serii „W kręgu sztuki”. Twarda oprawa, kwadratowy format, papier kredowy. Wtedy był to rarytas. Nie dorównywał co prawda złotej serii PIW-owskiej, ale na serię wydawnictwa Arkady przynajmniej było mnie stać. Oczywiście pojęcie „wcześnie” jest sprawą relatywną. Byli tacy, co zaczynali Blake’a wcześniej, a mimo to uważali, że się spóźnili. Przygoda – też nie najlepsze sformułowanie, ale pasuje do dzisiejszej perspektywy, powiedzmy – perspektywy laickiej. Wtedy w liceum kosmogonię, mistykę Mad Blake’a odbierałem śmiertelnie poważnie. Przez obraz, a jakże; to był czas systematycznych, ale jeszcze ślamazarnych przygotowań do studiów na toruńskiej ASP. Co prawda jedną powieść przygodową miałem już za sobą, ale nie wiązałem się, we własnym odczuciu, z literaturą, tylko z malarstwem. Literatura była wybrykiem, malarstwo – sposobem na życie.

Wiersze Blake’a więc to historia znacznie późniejsza. Może zaczęła się od Blake’owskiej Literatury na Świecie, może od antologii Barańczaka „Od Chaucera do Larkina”? A niechby i nawet od pierwszego ciemnego i mistycznego wieczoru z duetem Sławek&Mizerski w drugiej połowie lat 90. O ile mnie pamięć nie zawodzi. Czasem zawodzi. Z pewnością przed „Podróżą Mistyczną z Nysy do Barda Śląskiego”, przed Bohmem i Silesiusem, Blake musiał się pojawić. I to właśnie w tłumaczeniu Sławka, nie Barańczaka czy Andrzeja Szuby. Trawestując jedno z moich ulubionych przysłów, powiedzieć mógłbym: „każdy ma swojego anioła, którego się nie boi”. Blake po prostu musiał trafić na Sławka. Nikt chyba Blake’a w Polsce lepiej nie zrozumiał. I lepiej nie tłumaczył.

Kto wczoraj nie zawędrował, przypadkiem lub celowo, pod dach Domu Oświatowego, ten ma czego żałować. Z drugiej strony elitarne w samej rzeczy spotkanie ściągnęło z domów i ulic wiele osób, znacznie więcej niż tête-à-tête z Michałem Zabłockim. To już o czymś świadczy. Znaczy mianowicie, że jest w Kato niemała grupa ludzi, dla których William Blake (ale i poezja medytacyjna, filozofia dialogu Tadeusza Sławka) pozostają ważnym punktem odniesienia. Duet wzbogacił się o sopran Joanny Kściuczyk, sam Blake – o autorski, erudycyjny komentarz Sławka, scenografia – zawsze skromna, minimalistyczna o swoisty flash-back, reminiscencje poprzednich „koncertów” i zdjęcia współczesnego Londynu zgrabnie skolażowane z reprodukcjami autora „Miltona”.

„Drzewo aniołów” w istocie jest czymś w rodzaju podróży o dwu wektorach. Synchronicznej i diachronicznej zarazem. Wędrówki w głąb filozofii, mistyki, objawienia, sporu ze Swedenborgiem, do źródeł antysystemowości Blake’a, ale także w sposób przejmujący opisuje doświadczenie starzenia się, poczucie wyobcowania, mówiąc kolokwialnie – klepanie biedy, długie wieczory spędzone z żoną Katharine  (która Williama przeżyje zaledwie o cztery lata), żal po śmierci przyjaciela Flaxmana. Ludzka, arcyludzka to podróż w istocie. Wspaniałe, celne wiersze o Tamizie, rysunku, „Dziwny człowiek”, „Umarł Flaxman”, fragmenty „Jerusalem”, pojedyncze zdania-obrazy o nieskończonym, które domaga się gościnności, Bogu, który musi pozostać w niedającej się znieść oddali (żeby nie stać się domownikiem), Bogu-pustyni, która ściera wszystkie imiona. Tak jak starła pamięć o miejscu pochówku samego poety, co odczytujemy na nagrobku w Bunhill Fields: „Nearby lie the Remains of the Poet-Painter William Blake”.

 

Radosław Kobierski

 

 

 

 

 

 


Powrót