To nie będzie Love Story ("Hantio" w Galerii Ateneum)

Trzydzieści pięć lat pracuję przy starym papierze i to jest moja love story.

„Trzydzieści pięć lat pracuję przy starym papierze i to jest moja love story. Trzydzieści pięć lat prasuję stary papier i książki, trzydzieści pięć lat tytłam się w literach, wskutek czego upodobniłem się do leksykonów, których przez ten czas sprasowałem pewnie ze trzydzieści kwintali, jestem dzbanem pełnym żywej i martwej wody, starczy, bym się lekko nachylił, a ciekną ze mnie same piękne myśli, jestem wbrew własnej woli wykształcony, tak więc właściwie nawet nie wiem, które myśli są moje i ze mnie, a które wyczytałem” . Owóż i słynna hrabalowska sentencja otwiera nie tylko arcydzieło literatury, „Zbyt głośną samotność”, ale i monodram Jacka Zawadzkiego „Hantio”. Nie tylko wprowadza mnie do zawile prostego świata browarów, szpitali, sklepów i stacji kolejowych, opowieści czeskiej, głębokiej prowincji, bo Hrabala zacznę całego czytać właśnie po „Głośnej samotności”, co tam – Hrabalem ja zacznę żyć niemal, nie tylko Hrabalem pisać po tym pierwszym, nie dość, niestety, wczesnym literackim olśnieniu. Ale zarazem wprowadza do równoległego świata monodramu, w którym doświadczenie samotności Hanty (pierwowzorem był przyjaciel Bohumila z czasów „slalomów praskich” – Jindrich Paukert) wybija się na plan pierwszy, ale nieostatni – jest przecież w „Hantio” – przynajmniej wedle założenia, bo ja tego „nie słyszę” - i Pessoa ze swoją „Księgą niepokoju” i Rainer Maria Rilke z „Malte” - ni to powieścią ni dziennikiem, który wyprzedza (niektórzy mówią, że zapowiada) kryzys psychiczny autora „Elegii Duneiskich”. Ba, nie tylko Pessoa i Rilke, ale i Jerofiejew, podają jeszcze inni. A ja jestem bezradny. Chcę usłyszeć, a nie mogę. Mogę, bo w Galerii Ateneum siedzę tym razem w pierwszym rzędzie i Jacka Zawadzkiego mam jak na dłoni, ale nic do mnie poza Hrabalem nie dociera. Oczywiście, przyznaję, że Pessoa nie dość dobrze odrobiony, a „Malte” czytane zbyt dawno, żeby to było prawdziwe, a przede wszystkim – zrozumiałe, ale jednak powinienem w tym świecie tekstowym poruszać się sprawnie. Niestety. Monodram starannie ukrywa wszelkie ślady zapożyczeń, czy też same przejścia między źródłami. I trwa zdecydowanie za krótko, żeby pomieścić w sobie to wszystko, czym się reklamuje. Starczy „Zbyt głośnej samotności” na niejeden spektakl, nie wspominając już o opus magnum Pessoi i grubej, trudnej, miejscami nieczytelnej „Malte”. Ważne jest natomiast, że Zawadzki bardzo intensywnie i przekonująco przedstawia swojego bohatera; być może spektrum „ról” i gestów, modulacji głosu aktora nie jest zbyt szerokie, ale za to właśnie – sugestywne. Tak, chciałoby się powiedzieć za Tischnerem, „przedstawia sięę właśnie los monady, monady z zatrzaśniętymi oknami, głęboko dotkniętej nie tylko upływem czasu, ale i niemożliwością komunikacji. Życie, to „jakieś” życie toczy się gdzieś za oknami, przetacza się historia, a byt zamknięty w sobie manifestuje własną odrębność, własne niedostosowanie, ale też z dobrze ukrywanym żalem pewnie spogląda na zarośnięte ścieżki, którymi od dawna nikt nie chodził. „Trzydzieści pięć lat pracuje przy papierze i to jest moja love story”. Trudno doprawdy o bardziej gorzką i bardziej aktualną refleksję. Nie wiem, jak Państwo, ale ja się w tej historii przejrzałem. Momentami na wylot w miejscu, gdzie winno się znajdować moje serce.

 

Radosław Kobierski

 


Powrót