Spotkanie z Michałem Zabłockim w Domu Oświatowym BŚ

Projekt Emultipoetry

Musicie mi uwierzyć na słowo: do dzisiaj wstyd czuję. Najprawdziwszy wstyd, żaden tam substytut, żadna symulakra. Gmach byłej Biblioteki Śląskiej wiąże się ze wstydem i basta. „Przed sklepem jubilera” Karola Wojtyły wypożyczyłem, po czym natychmiast książka przepadła. Złośliwość rzeczy martwych? Klasyczna projekcja. Interwenci? Jacy interwenci? Cztery lata po Magdalence! Kieszonkowcy na Staromiejskiej? Owszem, nieraz wracałem bez portfela, ale nigdy bez książki. Dość, że Wojtyła do dzisiaj nieoddany (bo niby jak?), trauma nieprzepracowana, zbiory narodowe nieodzownie uszczuplone. Żadnego katharsis nie było, absolucja nigdy nie nadeszła. Od tamtego czasu „Proces” Kafki zawsze mi się kojarzył z Francuską 12. Nie tylko „Proces” zresztą, ale – rzecz jasna – „Kolonia karna” również.

I teraz wyobraźcie sobie, że po dwudziestu jeden latach muszę zmierzyć się z tym gmachem ponownie. Z tymi schodami, z tym półmrokiem, ukrytymi gdzieś kamerami. Ja, Józef K. (moje drugie imię po ojcu). Wejść w któreś przepastne drzwi, odnaleźć Dom Oświatowy, Michała Zabłockiego, salę prelekcyjną. Wejść i zachować twarz. Najlepiej twarz pokerzysty, choć może to być również twarz Humpreya Bogarta. Albo Deana. Bukowskiego. Jakoś tak.

Spotkanie trwa w najlepsze, jest już warszawski poeta i tekściarz (ten od Turnaua i Mozila, i od Piwnicy pod Baranami). Zręcznie odpowiada na pytania, bez uników, jak na byłego szermierza przystało. Są ludzie, którzy walczą, są tacy, którzy unikają konfrontacji. Dobrze jest widzieć przeciwnika, znacznie gorzej toczyć bój z wyimaginowanym gmachem. Zabłocki widzi przeciwnika w czytelniku. A to nie jest, proszę zauważyć, to samo, co wróg. Kiedy widzimy wrogów, zamykamy się w getcie. W getcie powstaje hermetyczna poezja. Celan był wielki, ale nie sposób go w pełni pojąć – wszędzie widział wrogów (akurat on miał rację). Rimbaud jest być może jeszcze większy, ale też znęcał się nad każdym żywym stworzeniem, w tym nad biednym Verlainem. Zabłockiego i Turnaua śpiewał cały naród. No, może połowa tych, co potrafią śpiewać. Jakoś przebili się przez liryczną znieczulicę. Znaleźli sposób.

Rozglądam się po sali, cały czas gdzieś w tyle głowy mam to gmaszysko z jego upiorną biurokracją i urzędnikami w czarnych melonikach, jak z reklamy pewnego banku. Poeta z Warszawy prezentuje projekt Emultipoetry (odbiorca to przeciwnik), później zaczyna warsztaty z młodzieżą. Młodzieży jest dużo, pomysłów mało. Prawie nic. Zastanawiam się, w którym momencie zostali przetrąceni? Gdzie ich złamano? W którym szkolnym koszu wylądowała ich wyobraźnia i chęć interakcji? Może chodzi o wstyd? Czyżby ten sam rodzaj wstydu? Akurat wtedy ktoś się nade mną nachyla i mówi szeptem: „wiemy, kim pan jest”.

 

Radosław Kobierski


Powrót