Tu nie zdarzy się nic (Spektakl "Pęto" Teatru Gry i Ludzie)

Pęto - czytam - to wiązadło z powrozu, łańcucha, nakładane na przednie nogi zwierząt w celu ograniczenia swobody ich ruchów

Pęto – czytam - to wiązadło z powrozu, łańcucha, nakładane na przednie nogi zwierząt w celu ograniczenia swobody ich ruchów. Pęto to okowa, kajdany, więzy. Przecież nie o wuszt chodzi autorom spektaklu, chociaż pojawia się na bankiecie razem z wódką. Wuszt prawdziwy, wódka już sam nie wiem – może teatralny rekwizyt. I nie o penisa – jak podaje miejski słownik slangu pod wyrazem „pęto”, bo męskość tu raczej zredukowana (co nie znaczy, że przedstawienie jest całkiem erotyzmu pozbawione). Niemniej pęto kiełbasy, przaśne i swojskie, pojawia się nie bez celu. W końcu to krążek, a i okowy, kajdany mają kształt pętli, i czasowniki utworzone z tego rdzenia oznaczają plątanie się, kręcenie (w kółko?), i czas spektaklu ma strukturę pętli, i poszczególne sceny poddane są repetycjom. Ba – nawet używając GPS-a, który adres sceny Gry i Ludzie podaje tylko w przybliżeniu – muszę zatoczyć koło wokół budynku dawnego dworca na Dąbrówce, żeby trafić do wejścia.

Do rzeczy. „Pęto” – jak piszą twórcy  – to spektakl inspirowany Rafałem Wojaczkiem. Autorska próba kreacji surrealistycznego świata złożonego z symboli, estetyki, atmosfery, postaci i wątków, których źródłem jest twórczość i legenda poety Rafała Wojaczka. W tych dwu zdaniach zawiera się w zasadzie cała strategia sceniczna. Żadnej tam całościowej wizji, raczej monodram na trzy głosy. Żadnej teatralnej monografii, raczej impresje i emocje. Żadnej linearnej struktury, raczej fragmenty, urywki rozmów, strzępy spotkań. Raczej improwizacje na zadany temat, niż żelazne reguły scenariusza.

Nie znaczy to oczywiście, że biorę udział w jakimś chaotycznym, teatralnym przedsięwzięciu. Nikt sobie tu jaj z widza nie robi – wręcz przeciwnie – „Pęto”, pomimo swojego impresyjnego czy surrealistycznego charakteru, ma swoją kompozycję, jak już powiedziałem – repetycyjną, w której wątki autotematyczne (uczestniczymy niejako „na żywo” w powstawaniu spektaklu o Wojaczku, w scenicznych próbach, materializują się nam didaskalia) krzyżują się, że użyję terminu muzycznego, z tematem głównym, czyli wątkami biografii poete mauditi z „Sanatorium”, fragmentami jego wierszy, elementami poetyckiego mitu i fikcją – jak w owej fantastycznej, alternatywnej historii, w której Wojaczek bierze udział w telewizyjnym show. Krzyżują się owe wątki i przenikają, powracają jak fala, chociaż z biegiem czasu, który zaciska pętlę, robi się coraz poważniej, coraz mniej groteskowo. Widownia na dłuższy czas milknie, pociągi przejeżdżające za murami teatru, nieprzewidziane być może w scenariuszu, wprawiają w drgania drewniany strop i sprzęt oświetleniowy, światło stopniowo przygasa, zapasy bielizny się kończą i trzeba coś zrobić z nagłą nagością. Woda, której Hubert Bronicki na początku spektaklu używa do „malowania” ściennego graffiti, dość prowokacyjnego jak na scenę teatralną - „Tu nie zdarzy się nic”, w końcu wyparowuje i zostajemy z namacalnym czymś. Nie da się być może tego dotknąć, nadać formy, to bowiem tylko obraz, ciągle niespójny, zrodzony i stworzony między trzema osobami tragifarsy, między kobietą (Jagoda Pyrz), a podwojonym męskim bohaterem (Bronicki i Piotrowski). Obraz spętania – świetnie oddany również na ulotce spektaklu, grafice Antonika – z której wyłania się ni to ludzka twarz, ni to oblicze człowieka-lwa z osobliwości dwudziestowiecznego monstruarium. Bo też o organicznym poczuciu obcości jest to spektakl, o niemożliwości komunikacji w świecie (ale także teatralnej sztuce) pozbawionym planu. W totalnej przypadkowości ludzkich spotkań. Inni – że strawestuje twierdzenie włoskiego lekarza Fortunio Licetiego – są po to, że wystawiać ich na pokaz ze względu na ich rzadkość. Teatr robił to zawsze lepiej niż medycyna.


Radosław Kobierski


Powrót