Alpejskie równiny, szkocki optymizm na każdą niepogodę, polski biały śpiew

Ogrody Dźwięków 2016

Co zmieniło się w porównaniu z ubiegłym czerwcem? Ano Ogrody Dźwięków odbyły się tam, gdzie czują się najlepiej, czyli w  podcieniach „białego domu” już nie gościnnie, ale u siebie. Poza tym Katowice znalazły się w Sieci Miast Muzyki UNESCO, podobnie jak Glasgow, dlatego to nie przypadek, że zagrała szkocka Fara. Po trzecie festiwal odstąpił od żelaznej dotychczas zasady i repertuar (skromniejszy niż w ubiegłych latach) skonfigurował w dwóch etnosetach, które rozdzieliła zabójcza dla ducha festiwalowego (wspólnotowego) przepaść – całe siedem dni. Już podczas poprzednich edycji brakowało mi działań wykorzystujących energię przedsięwzięcia. Chodziło mi o to, żeby pomysłu nie ograniczać tylko do samych występów muzycznych i stworzyć więcej niż koncert word music, a małe święto: zaprosić branżowe wydawnictwa, dodać działania plastyczne i warsztaty, stworzyć przestrzeń dla najmłodszych. Można przesunąć nieco termin, żeby nie kolidował z sezonem urlopowym i chociażby odwrócić scenę, tak żeby dźwięki niosły się w miasto, a nie klaustrofobicznie ginęły w podcieniach.

Piszę to z rzetelną troską o słuszną i potrzebną temu miastu ideę. Ogrody dźwięków na stałe trafiły nie tylko do grafiku ogólnopolskich wydarzeń etnomusic, ale i zadomowiły się w przestrzeni dość trudnej. Śląsk pomimo tradycji wieloetnicznej w celebrowaniu ludowości pozostał do bólu homogeniczny. Nie jestem aż takim optymistą, żeby twierdzić, że Ogrody Dźwięków ten mur zaczęły rozsadzać. Trzeba byłoby festiwal przenieść z centrum nowoczesnego miasta (które ma w czym wybierać) do odleglejszych dzielnic aglomeracji i odczekać kilka lat, żeby się przekonać. Oczywiście, nie chodzi tu o rozsadzanie czegokolwiek, a o współistnienie. Tego co rdzenne, swojskie i tego, co odległe i inne. W perspektywie repertuarowej to się udało zrobić. Zarówno ZORA jak i Blokowioska to zespoły związane ze Śląskiem. Tylko kto doświadczyć tej różnicy? Festiwal, który zaczyna tracić swoją publiczność?

Po czwarte – bardzo możliwe, że w jakimś sensie korespondujące z puentą trzeciego – w tym roku zaproszono młode formacje. Żadnych chwytliwych i elektryzujących nazwisk i nazw własnych typu Tymon Tymański, Kapela ze Wsi Warszawa czy Canzoniere Grecanico Salentino nie było. W zamian dostaliśmy austriacki etno band (nie każdy lubi tę kulturę muzyczną, choć może Śląsk akurat ją docenia) – siedmiu żwawych instrumentalistów po wiedeńskich konserwatoriach muzycznych, którzy stanowczo zawyżyli średnią wieku. W porównaniu z Federspiel muzycy z Qferau i sprzysiężonej grupy wokalnej ZORA, zjawiskowe wyspiarki z Fary i ekipa z Blokowioski, to młodzież. I w większości kobiety. Albowiem tegoroczny festiwal tak wokalnie jak instrumentalnie, przynajmniej jeśli chodzi o wykorzystanie klasycznej akustyki – został przez kobiety (dziewczyny) zdominowany. To raczej Federspiel z tradycyjnie męskim zadęciem w trąbki, puzony, tuby (nawet klarnety) był przeciwwagą, a raczej miał się stać przeciwwagą, bo roli swojej (znowu ten gender) nie spełnił. Owszem, muzycy zagrali na luzie, z dystansem, ale żywioł i trans na tym koncercie nie wystąpił. Co prawda mogliśmy podziwiać matematyczną dokładność, z jaką muzycy odmierzają proporcje – strukturalne (kontrapunkt, uwertura i temat), brzmieniowe (balans między barwą stłumioną i czystą), rytmiczne (słaby i mocny akcent) i gatunkowe (było sporo rozwiązań z muzyki współczesnej, jazz i czegoś, co brzmiało jak szanty w państwie bez morza), ale szaleństwa nie było.

Qferau, Blokowioska i Fara natomiast zagrały i zaśpiewały porywająco. Bez kompleksów wobec słowiańskiej i celtyckiej schedy. Naturalnie, ale nie naiwnie. Te dwa występy znów uświadomiły mi znaczenie agonu w muzyce. W istocie najlepsze aranżacje w folku, word music to te, które „wiodą spór”, sięgają do tradycji ale twórczo ją przepracowują. Czekam tylko na moment, kiedy ten spór przestanie dotyczyć wyłącznie muzyki i zacznie wpływać na słowo. Próby liryczne Kuby Fedaka świadczą o tym, że ten proces już się rozpoczął. I z bardzo dobrym skutkiem.  

Radosław Kobierski

Wrzesień 2016


Powrót