Northern exposure

Cato Lein w Galerii Miasta Ogrodów

Finnmark to niemal koniec świata, a z pewnością prawie koniec Norwegii. Dalej rozciąga się Morze Barentsa i norweska prowincja w Arktyce. Archipelag Svalbard. Golfsztrom przypomina krwiobieg. Na południu Atlantyku jest ciepły, dotleniony, tętniczy. Im dalej na północ, tym większa jego nieprzejrzystość, ciężar i chłód. Prąd opływa Svalbard, jego dolna odnoga mocno już schłodzona, ale wciąż cieplejsza niż arktyczny suchy klimat, końcu świata i końcu Norwegii przynosi względne ciepło. Wybrzeże Finnmark to skała, fiord, klif. Wybrzeże to rybacy, ich ciężkie łodzie i pogmatwane życiorysy. W głębi żyją Saamowie. Reszta licznej kiedyś grupy etnicznej wyparta przez konflikty opisywane już w Kalevali, chrześcijańską Ruś, ale również zmiany klimatyczne. Saamowie zawsze wędrowali tropami renów. Reny udały się z Karelii na północ, Saamowie ruszyli za nimi. Zmarły przed trzema laty rosyjski dysydent Grigorij Pomeranc (o czym przypomina Mariusz Wilk) pisał o pustce północy, że jest żywym obrazem całości. Rozkład przynosi tylko historia. „Tak zwany historyczny postęp prowadzi do rozpadu pierwotnej harmonii […] Jedynie w kulturach archaicznych, które przetrwały do naszych dni, zachowało się to poczucie jedności.”

Spotykam się z Cato Leinem dwa dni po wernisażu. Umawiamy się w westybulu hotelu Diament. Jest niedziela. Miasto wygrzane od rana, ostre światło i głębokie cienie. Widać, że jest zmęczony. Nie zdejmuje ciemnych okularów. Jest zmęczony nie tylko „oficjalną” włóczęgą po Śląsku, ale też nocnymi eskapadami, które kończą się długo po świcie. Kto wie, czym jest jeden z jego najnowszych cyklów „Soma. An ongoing project” i w jakimś sensie powiązany z nim stylistycznie „Stockholm Noir”, ten rozumie, o czym mówię. Cato Leina nie interesują sterylne warunki, laboratoria portretów, softboxy, plenery z anorektycznymi modelkami, ten człowiek dosłownie „włazi w noc”, do mieszkań i podejrzanych hoteli i rejestruje to, co w XXI wieku stało się rzeczą najbardziej intymną. Powszechna wyprzedaż intymności. Wyprzedaż ciała. Jest jak Orfeusz – proszę wybaczyć mi ten niezamierzony patos – który stale musi powracać do piekła, choć już dawno zapomniał, po co to robi.

Od wielu lat jestem pod głębokim i nieusuwalnym wrażeniem fotografii Diane Arbus. I stale się ono pogłębia. Nemerov - Arbus podziemnego świata nie estetyzowała (chociaż mogła; lata 50-te w Nowym Jorku to okres, w którym zaczynała się trwająca niemal dwie dekady freakstory, warto również pamiętać, że Diane startowała w charakterze fotografki mody), ale nadawała mu tę samą rangę, którą posiadał „nurt oficjalny”, nadawała mu podmiotowość. Oto świat odrzucony – zdaje się mówić Diane - jeśli możliwy jest jakikolwiek jego awans to jedynie w charakterze spektaklu, konwencji. Otóż to. Nowojorska bohema mogła podziwiać tych wszystkich transów, Cyganów i cyrkowców, olbrzymów i karłów, ekscentrycznych pacjentów i prostytutki; budowało to mit ich liberalizmu i antysystemowości. O ile zachowane były granice konwencji. Nikt nie chciał robić nic więcej „w tej sprawie”. Oba projekty Leina wychodzą z tego samego punktu, ale o ocalaniu czegokolwiek nie ma tu mowy. Nic już nie zostało (może poza zabawą i czasem tym, co z niej wynika na drugi dzień), a właściwie zostały tylko fragmenty. Przerwane narracje.

Na tym tle Cisza północy, projekt realizowany od połowy lat 80-tych i już zamknięty, to dzieło o zupełnie odmiennym charakterze. Bardziej przejrzyste, jednolite, a przede wszystkim osobiste. Chyba najwięcej o genezie cyklu, pertraktacjach z tematem pamięci, ale również sposobach jego realizacji powiedział sam Cato Lein, otwierając wystawę w galerii Miasta Ogrodów. „Chciałem północ zostawić za sobą, ale ona wciąż powraca”. Każdy facet, myślę, ma taką historię. Okres formowania, potem moment przewartościowana i porzucenia: wyjście w świat, wielka lub mała krucjata kończąca się większą lub mniejszą klęską (a niechby i nawet zwycięstwem) i czas rozliczeń. Północ okazała się silniejsza, pamięć – a w zasadzie różnica między zapamiętanym a zastanym – stała się na tyle istotna, żeby o niej opowiedzieć. Kompensacyjny przymus? Może i tak. Ale to przymus poddany kontroli, samoograniczeniu. Cały proces (wybór techniki, sposób kadrowania, a także kształt samej ekspozycji) to już proces świadomy. Warto wystawę zacząć od wierszy Clary Diesen (są częścią ekspozycji, jej czwartą ścianą) w tłumaczeniu Zbigniewa Kruszyńskiego. Tutaj każdy wers odnosi się do owych pertraktacji i wewnętrznego imperatywu: „Należysz do czasu”, „Czy widziałeś morze/ w najbardziej północnym świecie […] gdzie ktoś się zaczął/ powiedzmy/ dziecko”, „nigdy nie opuścisz miejsca” itd. Można i Diesen zostawić na koniec. Nie ma tu żadnych kierunków, początku i końca, nawet tytułów zdjęć. Zgodnie zresztą ze strukturą i „przepływem” pamięci. Mamy, jako obserwatorzy, czy może nawet czytelnicy tej fotograficznej narracji, znaleźć się jak najbliżej tego pierwotnego procesu. Chociaż nigdy nie będziemy w stanie zrelacjonować charakteru różnicy. Do tego miejsca potrzebny jest klucz, a jest on w posiadaniu Cato Leina. To jego krajobraz, jego dawni znajomi, być może nawet członkowie jego rodziny. Jednak komunikacja jest jak najbardziej możliwa na metapoziomie. Wszyscy w jakiejś mierze powracamy do przestrzeni, która nas formowała. 

Cisza północy, jak już wspomniałem, zawiera prace realizowane od połowy lat 80 tych. Dokładnie rzecz biorąc – od 1984 roku, od momentu, kiedy Cato „wrócił” po raz pierwszy do Finnmark i zrobił zdjęcie Perowi, swojemu koledze ze szkolnej ławy (fotografia przedstawiająca mężczyznę przy kierownicy, ćwierć tylnego profilu). Analogowe 35 mm, średni format (najwięcej prac) i duży format (5x7 cali), kadry wykonane polaroidem a nawet iPhonem. Portrety, przedmioty, artefakty, totemy. Surowy krajobraz północy – ten naturalny w postaci skalistych fiordów, wzburzonego morza, lodowej kry, różnych form geologicznych, i pejzaż przetworzony przez człowieka. Jest to ingerencja „ z wielkim umiarem”. Nie znaczy to oczywiście, że na północy nie ma wielkiego przemysłu, stoczni, platform wiertniczych, drobnicowców wyruszających w połów na coraz bardziej wyeksploatowane Morze Barentsa – owych „wielkich ingerencji”. Są, ale one nie należą do planu. I do idei – jeśli ją dobrze odczytałem powołując się na rosyjskiego dysydenta. Bohater Cato Leina buduje skromne domy, rozjeżdża drogi, wypływa w morze, korzysta z paliw i elektryczności. To wszystko. Upodabnia się do przestrzeni, która go kształtuje. Ma czuły stosunek do totemicznej przeszłości. Zapewne do alkoholu również. To iluzja, że istnieją jeszcze miejsca, gdzie nie wkracza historia, czy nowoczesność. Widać to na portretach kobiet i mężczyzn. W ich twarzach, na ich dłoniach. Pierwotnie ten tekst zamierzałem nazwać „Tipsy na dalekiej północy”.

Warto również na wystawie Leina zwrócić uwagę na technikę. Z jednej strony mamy tu do czynienia z niezwykłą precyzją kadrowania, ekspozycji, wyrazistością pierwszych planów (w przypadku portretów) przy maksymalnie otwartej przysłonie, z drugiej „świadomy” brak dbałości o efekty, wykorzystywanie naturalnego szumu, grubego ziarna, winiet, nieostrości i w końcu wad samego negatywowego materiału fotograficznego. Jakby Lein chciał powiedzieć - to wszystko, co leży poza zasięgiem wyboru, również wchodzi w skład opowiadanej historii. Należy do niej. Defekt jest częścią tej północnej ziemi (w rozumieniu, jakie nadaje mu współczesność). Tak samo jak światło. A właściwie jego brak. Najbardziej deficytowy towar na dalekiej północy. To brzmi jak drugi alternatywny tytuł. Nie znajdziemy mocnych kontrastów, bo ich po prostu nie ma. Widać tu, w tej serii nieostrych zdjęć wpływ Somy. Niechęć do kadrowania całości postaci. Ciała.  Ciała opuszczenie. Anastasis bez happy endu. Może nie tyle niechęć, bo u Cato Leina nie działa resentyment. Tylko czułość.

Przeglądam zdjęcia z ostatniej soboty na jego IPhone. Mnóstwo dobrego materiału. Katowice at night. Jakieś zaułki i chodniki pełne ciał. Brawurowe zbliżenia, „przerysowane” portrety.  Zbliżenia przy ostrym, fleszowym świetle. Nie wiem, jak on to wszystko znajduje. Ale to rzeczywistość go szuka. To miasto w jego telefonie wygląda jakoś inaczej. Bez backgroundu i symboli.

Mam ze sobą cyfrę (do pomiaru czasu) i Kieva 60. Tym razem Cato staje z drugiej strony obiektywu. Robimy krótką sesję pod mostem przy Dworcowej. Ustawiam go między filarami, potem za tło wykorzystuję słynny mural. To fakt, Cato fotografuje pisarzy. Świetne zdjęcia Stasiuka, Krall, Orbitowskiego, Fiedorczuk, Zadie Smith, Jo Nesbo, Szczepana Twardocha, i wielu innych. Kiedyś chciałem być w tym gronie. Myślałem, że jest to rodzaj inicjacji. Jeśli Cato Lein robi ci zdjęcie, to znaczy, że wychodzisz ze swoją literaturą poza granice kraju. Kto by pomyślał, że historia przybierze taki obrót i to pisarz będzie ustawiał fotografika portretującego pisarzy? Pomyślą państwo, że taka konkluzja z daleka pachnie elitaryzmem. A mnie chodzi tylko o to, że w świecie zdominowanym przez obraz multiplikujący się w nieskończoność, musi coś znaczyć jedna fotografia. W innym razie jesteśmy zgubieni. 

Radosław Kobierski

Czerwiec 2016

"Cisza północy" Cato Lein, fot. A. Ławrywianiec

"Cisza północy" Cato Lein, fot. A. Ławrywianiec

 

 

 

 

 

 

 

 


Powrót