5 Katowice JazzArt Festival 2016

Relacja. Cz. II

W środę niepodzielnie rządziła Yasmin Levy. Tym razem festiwal przeniósł się do sali teatralnej Pałacu Młodzieży. Pół roku wcześniej w Katowicach występowała Kayah z Transoriental Orchestra. Zaprawdę wiele łączy oba koncerty. Niespożyta energia poszukiwań, nieprzeciętny talent wokalny, przestrzeń kulturowa (m.in. Bałkany i Bliski Wschód), liryczność i dramatyzm. Różne jest stężenie melancholii. Melancholia Yasmin Levy potrafi zabić. Nawet jeśli zdajemy sobie sprawę z tego, że jest w pewnej mierze stylizacją. Daleko jest do pozbawionego złudzeń Baudelairowskiego flaneura. Kayah dawkuje ją w wartościach homeopatycznych.

Spóźniłem się i zastałem wolne miejsce tylko nad dźwiękowcami. Nie wyglądało to całkiem źle, w końcu sam do festiwalowego katalogu pisałem o podróży przez pięć wieków po Iberii, Bałkanach i Bliskim Wschodzie, a dwa oświetlone pulpity przede mną do złudzenia przypominały kabinę pilotów krążownika, który przemieszcza się w czasie. Izraelski monopol (Amir, Abramovitz, Hasson, Kochavi) rozbił Ormianin Vardan Hovanissian. Ambasador duduku – jak go nazywają nie tylko w branży - instrumentu o historii wartej trzech mileniów. Niestety po duduk, którego dźwięk zawiera w sobie wszystko co utożsamiam ze wschodem, całą jego kulturową odległość (a zarazem bliskość), sięgał zdecydowanie za rzadko. Co zrobić? Taki repertuar. Pewnie Levi dostosowała go do swoich nielicznych pobytów w Polsce. Na Śląsku bodaj była pierwszy raz. Nie dziwi, że wybór padł na bezpieczną kompilację Tanga, Libertad, Sentir i Mano Suave. Dostaliśmy więc „Mi korazon”, „Une noche mas”, „La nave del Olvide”, „Libertad”, „Adio Querida”, „Olvidate de Mi”, „La Hija del Juan Simon”, ladino-wersję (nie)śmiertelnego tanga petersburskiego, itd. – raczej przejażdżkę po najlepszych aranżacjach ostatniej dekady niż podróż w głąb czasu, więcej flamenco i cantigas niż orientu, w stylu „Irme Kero”, „Nani Nani”, „Komo La Roza”, „Si Veriash” czy „Shoef K’mo Eved”. Szkoda, bo wymienione wyżej pieśni nie tylko ujawniają skalę muzycznych eksploracji Yasmin Levy, ale i wymagają innych strategii wokalnych. Jeden utwór, w którym artystka pokazuje, na co stać jej głos, mam na myśli „La Hija de Juan Simon”, to stanowczo za mało. Ale cóż, publiczność dwa razy biła brawo na stojąco, dziękując za płomienne romancera, odpowiednią porcję nostalgii za utraconą niewinnością (wiadomo, utrata to nasz towar eksportowy ale lubimy go również importować), Yasmin mówiącą po polsku, lekcję ladino przy „Adio Querida”, pierwsze tango Rzeczypospolitej i „Una pastora” - duet z nieżyjącym od 1975 roku ojcem Yasmine, Yitzhakiem Levy (możliwy tylko dzięki technice cyfrowej).

Philip Paquet jako twórca komiksu objawił się dość późno, bo w 1998 roku. Czterdzieści lat dla faceta często oznacza moment podsumowania. Albo nie. Jedni brną gdzieś tam dalej, inni dochodzą do wniosku, że już nic nie muszą i zaczynają się objawiać z nieoczekiwanych stron. Paquet jest dziś ilustratorem, muzykiem, malarzem i oczywiście uczy się tatuażu (wydawało mi się niewyobrażalne, żeby nie miał przenieść swojej pasji na własną skórę). Wystawa wyprzedzająca o godzinę występ Brussels Jazz Orchestra, z którą stworzył projekt Graphicology, to rzecz jasna drobny wycinek jego aktywności. Łatwo to zresztą policzyć. Minimum jeden rysunek dziennie (do 4 przy dobrych wiatrach) daje średnio niemal 60 prac miesięcznie. Na koniec wypadałoby ten wynik pomnożyć przez 16 lat, żebyśmy zbliżyli się do aktualnego stanu posiadania. Jest na wystawie w Galerii Pustej słynny komiks poświęcony Louisowi Armstrongowi, autobiograficzny cykl będący autoironiczną relacją nawiązującej się współpracy z BJO, Smiling, prace autonomiczne stylistycznie przypominające litografie – wszystko o muzyce, o jazzie i historii jazzu. Pewna kreska, transparentny i lekki gwasz, zbalansowane sepie i odcienie szarości, kontrast uzyskany czystą bielą bądź czernią. Chwilami jest Paquet ascetyczny, częściej przegadany i przerysowany – w końcu przedstawia klimat lat trzydziestych, moment narodzin muzyki, która wstrząsnęła Ameryką, ciemnych typów z saksofonami i bez, crime stories, whiskey i kobiety. Nade wszystko humor, ironia i klimat. Można powiedzieć, że BJO ożywiła ten niemy film. Taki był plan. Mniej lub bardziej dosłownie muzycznie „zilustrować” historie stworzone przez Paqueta. Powstał cykl sześciu kompozycji częściowo napisanych przez członków bandu – „Louisa” napisał Pierre Drevet, „Bird” to dzieło Dietera Limbourg. Warto wspomnieć nazwiska Berta Jorisa (Sundown), Lode’a Martensa (Bell&Brass), Michela Herra (Smilin’) i Berta Jorisa (ostatni w cyklu The Portrait). Wyobraźmy sobie tę całą dętą ekipę (pięć saksofonów, cztery puzony, cztery trąbki, perkusję, kontrabas i fortepian z Natalie Loriens, jedyną kobietą w zespole; w sumie Loriens z tym jakby „wyłączonym” fortepianem to dosyć smutna historia, ale też nie łudźmy się, że w komiksach Paqueta kobiety grają jakąś pierwszoplanową, podmiotową rolę), energię którą stwarza i ducha, który ożywia, wielką radość gry. Próbuję równolegle analizować to, co się dzieje na ekranie i w kompozycjach, ale to jest działanie bezskuteczne. Grając na fortepianie nigdy nie potrafiłem zsynchronizować prawej i lewej ręki. W końcu daję za wygraną. I chyba nawet o to chodzi. W pewnym momencie ilustracje Paqueta i muzyka BJO zaczynają się ze sobą zlewać. Stanowić jeden organizm. Jakby jedna rzecz bez drugiej nie mogła egzystować.

Compositions are brillant. Sound is fantastic. Cover is beatifull – tak DeJohnette przed koncertem w NOSPRZE opisywał swój solowy album vinyl-only „Return”. Nie jest to „pierwszy” powrót do fortepianu (który uczył DeJohnetta harmonii i rytmu na perkusji), w 1985 roku wespół z kontrabasistą Eddim Gomezem i perkusistą Freddie Waitsem nagrał dla Landman Records The Jack DeJohnette Piano Album, siedem lat wcześniej w roli pianisty pojawia się w albumie New Directions, niemniej jest to pierwszy (i miejmy nadzieję, że nieostatni) powrót solo. Return zawiera dwie oryginalne kompozycje DeJohnetta „Ode to Satie” i „Ebony” i kilka reinterpretacji utworów, które nagrywał wcześniej. W sumie dziesięć utworów plus dwa standardy na bis dla publiczności w ramach koncertu. Nie będę tu wymieniał, z kim Jack grał w swojej wieloletniej karierze, faktem jest, że nigdy nie grał wyłącznie ze sobą. Efekt jest olśniewający. Compositions are brillant. Wielcy nie potrzebują fałszywej skromności.

Pamiętam, co ze mną zrobiły Gymnopedies Erica Satiego. Wciąż mam je na swoim ipodzie. Krystaliczne kompozycje. Proste a zarazem dość ekscentryczne, jeśli wziąć pod uwagę rok 1888. Słucham ich na zmianę z Melody At Night with You Keitha Jarreta, bo od początku wydawało mi się, że jakoś korespondują ze sobą. DeJohnette swój wielki koncert zaczął właśnie od oryginalnej kompozycji, której przyświecała gwiazda Satiego. Gymnopedies (zwłaszcza 2) słychać już od pierwszych taktów „Ody”. Cała praca nad albumem (i nad koncertem) zaczęła się właśnie od tych nut i akordów i od próby ocalenia zarówno Satiego jak i DeJohnetta. Tak, również i jego. Jak coś zakwestionować, jednocześnie zachowując esencję kwestionowanego? Oto pytanie, z którym musiał się zmierzyć pianista, my mogliśmy ocenić tylko efekt. Poza tym inaugurująca „Oda” miała znaczenie taktyczne. Żaden z następnych utworów: „Silver Hollow” nagrany w 1978 roku z Gomezem, Lesterem Bowie, „Blue”, „Ebony” „Indigo Dreamscapes” czy „Exotic Isles” , dwie ostatnie nagrane w 1998 roku m.in. z Hancockiem i Metheny, nie nadawały się raczej do rozgrzewki. Czystość dźwięku, lekkość frazowania, długie pauzy pozwalające na wybrzmienie, bardzo umiejętne wykorzystanie technik rytmicznych i harmonicznych (momentami miałem wrażenie, że fortepian dyskretnie zamienia się w perkusję), niewiarygodna łatwość w operowaniu prawą ręką, balansowanie między mocnym i ledwie zaznaczonym akordem – to wszystko składa się na końcowy rezultat. Compositions are brillant. Muzyka według DeJohnetta jest współpracą umysłu, ciała, duszy i ducha. To powrót do podstawowego i uniwersalnego piękna. Nie są to słowa bez pokrycia. Bez wątpliwości DeJohnette zagrał najlepszy koncert tego festiwalu.

Wiele również spodziewałem się po występie duetu braci Oleś. I wszystko wskazuje, że mam z tym kłopot. One step in the Past to nowy materiał przygotowany dla radia BBC (niebawem ukaże się nakładem wydawnictwa Fenommedia), nie ma więc możliwości odsłuchu w sieci. A przydałby się, bo muzykę zakwalifikować nie jest łatwo. Posiłkuję się utworami z poprzedniego albumu, bo też jeśli chodzi o stylistykę czy metodę, Duo nie jest tak odległa. Jest bardziej jazzowa niż awangardowa, to fakt, ale metoda pozostaje ta sama.  Bracia konsekwentnie robią swoje. Uparli się, że będą robić muzykę tylko z sekcji rytmicznej, zaufają żywiołowi improwizacji, i nic ich nie będzie ograniczać. Ok. Chwała im za to. Są w tym koncercie chwile naprawdę niezwykłe – nazwałbym to momentami radosnego odkrycia frazy czy dysonansu, który kieruję kompozycję albo w kierunku muzyki współczesnej, sonoryzmu lub jazzu. Nawiasem mówiąc ta elastyczność wcale nie dziwi, jeśli wziąć pod uwagę, że duet ma doświadczenie z utworami Lutosławskiego czy Bacewicz. Jest niebywała czujność i komunikacja. A zwłaszcza radość gry. Kłopot dla mnie wynika z tego, że owo „badanie gruntu”, stany zawieszenia czasem trwają dla mnie zbyt długo.

Ewidentnie traci na tym energia spektaklu. Bartek Oleś potrafi dać naprawdę sporo czasu swojemu bratu, żeby mógł wyjść z jakiejś repetycji czy zapętlenia, sam jest w stanie nawet wygenerować coś na kształt linii melodycznej, ale właśnie ta statyczność rozbraja muzyczny ładunek. Faktem jest, że nikt przed nimi tego jeszcze nie próbował. Być może inaczej się nie da, być może jest to cena, jaką trzeba zapłacić za eksperyment?

Statyczność, ale już na innym poziomie – aranżacyjnym – trochę doskwierała koncertowi Motion Trio i AUKSO. Ale tylko we wczesnej fazie. Rozumiem, że Marek Moś z orkiestrą kameralną nie chciał wychodzić przed trio, ograniczał się do preludiów bądź subtelnego tła. Albo po prostu usuwał się w nieoświetlone reflektorami miejsce. Motion Trio ze swym podziałem na trzy linie akordeonowe, inwencją, wręcz furią, akustyczną brawurą (trzeba było widzieć i słyszeć, co Marcin Gałażyn zrobił z Pigini Mastera, o ile mnie wzrok nie mylił, bo mogłem źle widzieć z najwyższej galerii - a Paweł Baranek z mikrofonem, którego użył by wygenerować rytm techno) brzmiał bardzo nowocześnie, AUKSO trochę „archaizowała” jakby wykonywała operę. Później było już tylko lepiej. „Zgrali się”. Dopasowali. Wyrównali poziomy. To znaczy stanowili w pełni równorzędne dwa podmioty muzyczne. Słuchałem „The Heart”, „Preludium e-moll” Chopina, nie wspominając o bisach z „Orawą” Kilara z dziką przyjemnością. Publiczność dosłownie zrywała się z foteli na parterze i wszystkich galeriach. Ekstaza – czasem boję się tego używać, nie mówiąc już o przeżywaniu tego, co oznacza, ale tak to właśnie wyglądało w ostatni festiwalowy dzień w wielkiej sali NOSPR-u.

Ale to jeszcze nie był koniec. Jazz Art Festival wracał do swojego źródła. Do początku, do ciasnej, ciemnej i rozedrganej Hipnozy, klubowego klimatu. Nie wszyscy zapewne zdążyli dojechać. Bisy, potem zablokowana Strefa Kultury i wcale niemały ruch przed 22-gą w Kato. O przepchnięciu się pod scenę, na której występowały cztery dziewczyny z Selvhenter nie było mowy. Trafiłem od razu na mój ulubiony „New Age” z singla zrealizowanego razem z The Ex (zawsze myślę, że gdyby ta czwórka kobiet grająca jak najbardziej męski rock, jazz, punk i psychonoise była nieco starsza, powinna była zrobić soundtrack do arcydzieła Coppoli, a już zupełnie nie wiem, dlaczego nie wzięli ich do ostatniej ekranizacji Mackbetha z Fassbenderem). A potem był „Golden Boy”, „Tribute”, „Mos Def” itd., z ostatniego albumu „Motions of Large Bodies”. Słynny neon Hipnozy wyłączony, za plecami zespołu jakieś dwie telluryczne konstrukcje z ruchomymi głowicami, perkusja, jedyny instrument, który nie udaje czegoś innego. Po skrzypcach Marii Diekman, saksofonie La Bianci, puzonie drugiej Marii (Bertel) można spodziewać się wszystkiego. Jest w tej muzyce coś bardzo chtonicznego (dlatego użyłem słowa telluryczny, z którego dwa razy w ciągu godziny musiałem się tłumaczyć), nordyckiego, jest jakaś długa polarna noc, choć polarna noc nie zagląda do Danii. W gruncie rzeczy Selvhenter ma sprawdzony przepis na doskonałą muzykę. Przetworzyć brzmienie akustyczne, dodać elementy metaliczne, industrial i krążyć jak sęp wokół tematu, który powtarzany jest tak długo, aż staje się mantrą. 

Radosław Kazimierczak

Maj 2016

Yasmin Levy, fot. R. Kaźmierczak

Yasmin Levy, fot. R. Kaźmierczak

 

 

 

 

 

 

Brussels Jazz Orchestra, fot. R. Kaźmierczak

Brussels Jazz Orchestra, fot. R. Kaźmierczak

 

 

 

 

 

 

Jack DeJohnette, fot. R. Kaźmierczak

Jack DeJohnette, fot. R. Kaźmierczak

 

 

 

 

 

 

Aukso in Motion, fot. R. Kaźmierczak

Aukso in Motion, fot. R. Kaźmierczak

 

 

 

 

Selvhenter, fot. R. Kaźmierczak

Selvhenter, fot. R. Kaźmierczak

 

 

 

 

 

 

 


Powrót