Grad dźwięków

Festiwal Muzyki Świata "Ogrody Dźwięków" - piątek

Od samego rana: papieros, kawa, internet. Nie do końca udane próby obudzenia się po wczorajszej zarwanej nocy. Południce przekroczyły swoje uprawnienia, pakty pisanie i niepisane, umowy na gębę i porwały tuż przed północą. „Napadem południcy tłumaczono udar słoneczny” a pewnie i inne solarne incydenty. Im więcej kobieta traciła w społeczeństwie, tym więcej zyskiwała w demonologii. Pierwotna kobieca siła, „dzika kobieta”, „biegnąca z wilkami” przehibernowała w tej mitologicznej kapsule jak załoga Nonstromo i wczoraj siała zamęt w Hipnozie. Albo lepiej: zbierała plony. Ludzki łan pochylała do stóp swoich. Proszę sobie to wyobrazić: sześć głosów, głębokich jak studnie na Podlasiu, bezkresnych jak bezdroża Ukrainy. Młode głosy, ale jak wiekowe Bordeaux albo Burgund, można kroić nożem. Tak, muzyka potrafi zmienić stan skupienia. Tak, muzyka może rodzić się w jakiejś bezdni, na dalekim południu ciała. Tam gdzie u Bursy „we flechtach krew tętni”, gdzie być może zaczynają się wszystkie mity i baśnie. 

W ogóle w piątek muzykę odbierałem somatycznie niczym nerwicę wegetatywną. Somatycznie
i obrazowo. A bywa w ogóle inaczej? Żadne zaprawdę odkrycie to nie jest. Dźwięki mogą z nami zrobić wszystko. Od stuporu z zawiązanym śliniaczkiem po trans, od łez (nie każda zła) po ukojenie szybsze od opiatów. Wchodzą oczywiście przez uszy, przez gwałt, czasem przez zniewolenie za zgodą stron. Może nawet przez osmozę, przeciekają przez włosy i skórę, płyną z limfą, która – jak to określił Tomasz Mann – w całej kuchni organizmu jest substancją najsubtelniejszą, najbardziej intymną. „Walking Stick” Vladimirskiej  przeniósł mnie na ulice Brooklynu, być może do trafiki na rogu ulic, a niechby i do „My blueberry nights” (tym bardziej, że barwy głosów Nory Johnes i Scotii Gilroy podobne). Chalaban z całym jego berberyjskim instrumentarium: djembe, guembri, bandirem, lotarem, qarkabami, przypomniał mi Pachorę – moją wczesną muzyczną epifanię, aż poczułem piasek w zębach. Histeryczny, konwersyjny piasek Maghrebu. Nie inaczej. I na deser, na kolację (zawsze mi mówili: nie jedz przed snem) – Południce, choć z Białegostoku. Pogański sekstet jakby żywcem wyciągnięty z filmu Tarkowskiego o bożym szaleńcu Rublowie. Sekstet z dwoma szamanami od elektroniki w tle. Czyli właściwie oktet. 

 

Radosław Kobierski

 


Powrót