Dwa księżyce

"Czas na zdjęcie". Wystawa fotografii Marii Kietlińskiej i Feliksa Zwierzchowskiego

Już dawno przestało nam chodzić o rzeczywistość. Ona posiada zbyt małą moc oddziaływania, wydaje się kompletnie niedopasowana do dzisiejszych modeli komunikacji. Rzeczywistość – tak jak jedzenie – musi być przetworzona, najlepiej wielokrotnie, żeby nadawała się do konsumpcji. Jeździmy na te swoje wakacje, urlopy, wycieczki nie żeby coś przeżyć, ale żeby zdać relację. Najlepiej za pomocą zdjęć. Obrazy przemawiają do wszystkich, tak jak muzyka. To prawdziwy międzynarodowy język. Fajnie jest się spotkać i wymienić opowieściami, ale ileż razy można gawędzić o tym samym? Wyselekcjonowane zdjęcia wykonują za nas całą robotę. Reprezentują nas i nasze doświadczenia przed całym światem. Mają i tę wyższość nad relacją językowo skonwencjonalizowaną, że można ich używać wielokrotnie.

Co to właściwie znaczy „czas na zdjęcie” – zdaje się pytać kuratorka wystawy fotografii Marii Kietlińskiej i Feliksa Zwierzchowskiego. Czy chodzi o rodzaj ceremonii, z jaką niegdyś – w czasach luksusu, jakim była fotografia - przerywano spotkania, żeby je udokumentować i upamiętnić? Czy może rzecz sprowadza się do paradoksu: czas na zdjęcie znaczy tyle co „dysponowanie” czasem na zdjęcie, ponieważ jednak cały czas wykorzystujemy na robienie fot, „zdjęć na czas”, umyka nam coś szalenie istotnego, co dałoby się uchwycić wyłącznie wtedy, gdybyśmy umieli patrzeć i być uważni. Gdybyśmy dali sobie czas na przemyślenie kadru, kompozycji, poszukanie odpowiedniego światła itd.

Nie chcę tutaj absolutnie stawiać znaku totalnej nierówności i wartościować tego, co działo się dawniej w fotografii i czego świadkami jesteśmy dzisiaj. Łatwo ulec złudzeniu, że wszystko co było przedtem, było lepsze - bardziej przemyślane, bardziej analogowe, bardziej oddane sprawom ludzkim. Kiedy przyglądam się pracom Zwierzchowskiego, uderza mnie właśnie ten rodzaj harmonii i niespieszności, który dzisiaj wydaje się być całkiem deficytowy, owo „nabrzmiewanie czasu”, chwili (jeszcze dobitniej obecne u Kietlińskiej), jakby miały one charakter i wymiar fizyczny. Oczywiście to wrażenie potęguje dodatkowo temat tych zdjęć, wszak ich autorzy portretują/dokumentują swoich bohaterów podczas odpoczynku, w wolnej chwili, podczas ceremonialnego nicnierobienia (nawet jeśli jest to tylko przerwa w aktywności sportowej), w odświętności z jaką kojarzona była fotografia, w znakomitej większości poza domem, a zwłaszcza poza scenerią miejską (chociaż mamy tu również zdjęcia przedstawiające ludzi podczas pracy). Ale czas, czas wolny i czas wykonania zdjęcia, nie są na tej wystawie tematami wyłącznymi. Można nawet powiedzieć, że ten czasowy temat jest flarą, zasłoną dymną. Otóż obserwujemy subtelną ewolucję nie tylko samej fotografii (metoda kadrowania, technika, dynamika zdjęcia etc.), ale i stosunków społecznych. Maria Kietlińska obserwuje przedwojenną ziemiańską prowincję, w którą jakby mimochodem wdzierają się chłopskie chałupy, dzieci i zwierzęta, cały ten pańszczyźniany, osobny świat, który nigdy nie wypoczywa (chociaż fotografie zdają się temu przeczyć, bo pokazują pracujących jakby wypoczywali). To trochę takie „Dwa księżyce” wg Kuncewiczowej. Jeden księżyc jest dla tragarzy, kupców, flisaków i gospodyń wiejskich, drugi dla letników („Czy oni aby wiedzą, jak wygląda ten nasz księżyc?”). Kietlińska stara się patrzeć życzliwie na tę drugą rzeczywistość, ale z uwagą i czułością portretuje jedynie własną klasę społeczną. U Zwierzchowskiego widzimy już narodziny ponowoczesności. Fotograf opuszcza bezpieczną, okołodworską przestrzeń (faktem jest, że w PRL-u w zasadzie już ona nie istnieje), jest w pełni kosmopolityczny, interesuje go raczej zbiorowy portret społeczny, anonimowa panorama, kult ciała i wypoczynku – chociaż nie przepuszcza okazji, żeby pokazać również tamten odległy świat, znany z przedwojennej fotografii (np. Kietlińskiej). To jest zresztą jeden z ostatnich momentów, w którym bez przekłamania oba światy mogą się ze sobą spotkać. A jeszcze chwila i oba staną się etnograficzną ciekawostką, z którą – tak ja na tej wystawie – będzie można porównać współczesną fotograficzną i seryjną produkcję. Chciałbym zaznaczyć jeszcze raz: nie chcę wartościować ani zbyt tęsknie nie spoglądam w przeszłość (fotografii). Doceniam wartości, które ze sobą ta przeszłość niesie, ale też współczesna kultura obrazu budzi mój zachwyt. Kietlińska, Zwierzchowski (i bohaterzy ich zdjęć) mieli czas i ten fakt posiadania dokumentowali. My musimy odnaleźć się w czasach nadprodukcji znaczeń, w kontekście chronicznego braku czasu – i też z tego faktu zdajemy relację.


Powrót