Krótki błysk

Spotkanie promocyjne "Pergamin wspomnień. Szkice o poezji Mariana Kisiela"

Zwykle puenty znajdują się na końcu; dzieje się tak zarówno w poezji, naukach ją opisujących, jak i czasem podczas spotkań, które mają na celu ją przybliżyć. Poezję przybliżyć jej czytelnikowi oraz – nie powinniśmy się dziwić, mimo że brzmi to dość zaskakująco - czytelnika przybliżyć poecie. Owa druga relacja zupełnie i świadomie przeoczona przez tradycję młodopolską i romantyczną, dzisiaj wydaje się być samym zyskiem dla autora (możemy również przypuszczać, że dla jego poezji również). Kiedy z doświadczenia poetyckiego usuniemy wszystkie powinności i służebności (właśnie względem tradycji i historii), poeta zostaje sam na sam z czytelnikiem. Z odbiorcą realnym, fizycznym, z krwi i kości, z czytelnikiem który formułuje pytanie (uważny czytelnik to taki, który formułuje pytanie, którego autor sam by sobie nie zadał).

Zwykle puenty znajdują się na końcu, ale przekornie od podsumowania chciałbym właśnie zacząć. Na pytanie Agnieszki Strzemińskiej prowadzącej spotkanie „Pergamin wspomnień. Szkice o poezji Mariana Kisiela”, jego prelegenci, prof. Elżbieta Wróbel, rektor Elżbieta Górnik (UPH w Częstochowie) i prof. Krzysztof Kłosiński (UŚ) odpowiedzieli, że jest [Marian Kisiel] strażnikiem słów (dzięki przypominaniu o nich, odżywianiu słów, których nie używamy), depozytariuszem innej energii i innego czasu, i może wypowiedzieć się o swoich doświadczeniach w przekonaniu, że będzie to również ważne dla jego czytelników, dla innych, wreszcie kimś w rodzaju literackiego przewodnika, który zabiera w podróż po przestrzeni innych tekstów, lektur i tradycji literackiej, a zarazem jest poetą zwięzłości, konkretu, skupionym na „przywracaniu godności tego, co jest w nas” (ponieważ źródło wszelkich dóbr nie istnieje na zewnątrz).

To są konkluzje dużego kalibru zahaczające nawet o patos, od którego Marian Kisiel, jako poeta, ale również badacz literatury, stroni; sprawa jest jednak poważna, nie każdy bowiem literacki twórca w tym kraju może pochwalić się monografią własnej twórczości opublikowaną w tak prestiżowym wydawnictwie jak Słowo/Obraz Terytoria. Owszem, znajdziemy tam Bruno Schulza i Witkacego, Ficowskiego i Miłosza, Bergmana i Hasa, Geneta i Gombrowicza, spróbujmy jednak znaleźć kogoś żyjącego. Marne szanse. Więc ta powaga, a nawet patos, są trochę na miejscu. Poza tym „Pergamin wspomnień” jest również hołdem środowiska akademickiego złożonym niestrudzonemu badaczowi literatury, który zarówno odważnie promował nowe zjawiska poetyckie (np. antologia „Inny Świt”), jak i upominał się o twórców, których przełom 89 roku niesłusznie wymazywał z historycznoliterackiej narracji. Dość wspomnieć Adama Czerniawskiego, Zdzisława Stroińskiego czy Wilhelma Szewczyka. Przyjrzyjmy się tytułom publikacji: „Czego nie ma w podręcznikach języka polskiego…”, „Szkice o poetach mniej obecnych”, „Śląsk inaczej” (mat. z I sesji śląskoznawczej). To upominanie się o pisarzy zmarginalizowanych, o mniej obecnych – w kraju różne środowiska z różnym skutkiem próbowały w ten sposób reagować, wznawiając dzieła Mariana Pankowskiego, Witolda Wirpszy, Stanisława Czycza – zawsze budziło mój największy szacunek. Jednak nie jest to sytuacja jeden do jeden. „Pergamin wspomnień” nie jest żadną opłatą za przeżytą satysfakcję lekturową i naukową. Owszem, akademicy piszą o akademiku, takie są fakty, ale przecież przede wszystkim chodzi tu o fach, który nieczęsto towarzyszy historykom i metodologom, chodzi tu o drugie, nieoficjalne życie historyka i metodologa, być może nawet skrywane (pomimo faktów wydawniczych), skoro Krzysztof Kłosiński – nawet jeśli jego deklaracja nosi znamiona kokieterii - zauważa je dopiero po latach.

Pamiętacie państwo słynny dialog między Filozofem a Kaowcem z „Rejsu” Marka Piwowskiego: „Nie mogę być jednocześnie twórcą i tworzywem”? Otóż właśnie w połączeniu obu sfer: poetyckiej i krytycznej, zawodowej i pozazawodowej (jakkolwiek niejasne są te pojęcia i granice między nimi), tkwi zasadnicza trudność. Jeszcze całkiem nie tak dawno, bo w latach 90-tych, w prasie literackiej (i literackich kuluarach) toczył się spór dotyczący zasadności i etyczności podejmowania obu zajęć jednocześnie. Skoro ktoś jest poetą, nie powinien publicznie zabierać głosu w sprawie innych poetów. Albo piszesz albo oceniasz. Niektórzy radzili sobie z tym środowiskowym i etycznym ryzykiem, tłumacząc że krytyka już nie istnieje, a ktoś tę pracę musi wykonać. Dzisiaj temat już właściwie nie jest obecny, a i Marian Kisiel zajmuje się raczej odległymi zjawiskami niż reagowaniem na współczesną „produkcję” poetycką. Zwracam jedynie uwagę na ten fakt, bo moim zdaniem zostawił on pewien wyraźny ślad zarówno w podejściu Mariana Kisiela do tematu własnej twórczości i mówieniu o niej (to pewien rodzaj zaniepokojenia czy może nawet podejrzliwości wyrażonej w stosunku do bycia poetą), jak i w samym środowisku akademickim, z którym profesor jest związany i z którym współpracuje – mniemam, że zdziwienie Krzysztofa Kłosińskiego mogło udzielić się również innym literaturoznawcom.

Jednak nie da się ukryć, że ta zasadnicza podejrzliwość gruntownie wpłynęła na wiersze Mariana Kisiela. Pozwoliła powoli, konsekwentnie i klarownie rozwijać się pergaminowi wspomnień. Znaleźć punkty zaczepienia w konkrecie, w codzienności, w intymnym przeżywaniu własnej, jednostkowej historii. Pozwoliła korzystać z zasobów erudycji, ale zarazem ta erudycja nigdy nie była celem w samym sobie. Goście, czytelnicy, którzy tłumnie zjawili się na wydarzeniu promocyjnym, mieli możliwość i okazję tę właśnie poetycką klarowność doświadczyć. „Więc trzeba to powiedzieć: ani nowa treść, ani metafora, tylko krótki błysk […] Tym jest poezja”.


Powrót