Planeta Ars

VII Ars Independent

Już ósmego lutego na oficjalnym instagramowym profilu pojawiła się identyfikacja wizualna tegorocznej edycji konkursu Ars Independent. To był początek akcji, która w okolicach września przyjęła charakter zmasowanej kampanii w mediach społecznościowych. W sumie to nic nowego – AIF zdążył nas w ubiegłych latach przygotować do zmiany formatu: klasyczna narracja filmowa przestała dominować w programie, a sam festiwal zaczął się otwierać na nowoczesne formy (audio)wizualne, na technologię, intermedialność i interdyscyplinarność. W tym roku zabrakło nie tylko powtórek – przez co program, maksymalnie skompresowany, wielu z nas wykluczył z uczestnictwa w większości wydarzeń – zabrakło również miejsca na przeglądy autorskie (w przeszłości mogliśmy cieszyć się powtórkami z Szulkina, Kawalerowicza, Barczyka, Dworskiego), Out of Competition czy Miasto Muzyki. Rozumiem, więcej się nie dało upchnąć w czterech dniach festiwalu (wyłączywszy dzień inauguracji i dzień finałowy, AIF trwał właśnie cztery dni). Rozumiem, że są lata tłuste i chude, a w tym roku trafiliśmy właśnie na to drugie. AIF też nas do tej fluktuacji i sinusoidy zdążył przyzwyczaić.

Identyfikacja wizualna przeniosła nas w nieco już odległe rejony PRL-u i papieru pakowego. Nie tylko jotpegi w mediach i internetach tak wyglądały; książeczki z programem, przypominające najbardziej zgrzebne notesy z lat osiemdziesiątych, i ziny – fizyczne wersje wirtualnej platformy komunikacyjnej #KronikaKonika – również zostały zaprojektowane w kartonowym, papierowo-pakowym stylu. Niejedna nostalgiczna łza się zakręciła w oku, tym bardziej że festiwalowe hasło – Unsubscribe – także nawiązywało do tamtej, jeszcze zdecentralizowanej i anonimowej (w sieci) epoki. Do internetu końca lat ’90 „zatomizowanego w niewielkich kanałach”, dalekiego od dzisiejszej specyfiki tego medium – przeładowanego informacjami, zmonopolizowanego i moderowanego niemal na każdym szczeblu (poza darknetem). Ktoś jeszcze dopisał – unsubscribe to sugestia, że nie wszystko musi się nam podobać, że my też przestajemy się na pewne rzeczy oglądać. Ale to przecież niż dziwnego. Festiwal od samego początku wyznaczał swój własny kierunek, nie oglądał się na mejnstrim, to zawsze było – jak powtarzają jego wierni mieszkańcy – święto „chodzących po zmroku” i „myślących inaczej”.

Ludzie z planety Ars już w samej inauguracji postanowili zaakcentować dwa najważniejsze wątki tegorocznej edycji. Koncert Love&Revenge, który w finale przerósł wszelkie oczekiwania i przełamał granice między sceną a widownią, zaserwował elektroniczną, muzyczną ilustrację do arabskiego kina lat ’40. Jeśli się wypisywać z nierzeczywistości i interfejsów, to na całego (w każdym razie „prawie na całego”, w końcu wszyscy mamy w kieszeniach te swoje smartfony i jesteśmy pologowani, bóg wie gdzie), najlepiej od razu w objęcia, uściski, miłosne iluminacje, nawet jeśli z dzisiejszej perspektywy tchną trochę kiczem, pachnącym czarną brylantyną, i obsypują się tonami pudru. Tak, prócz konkursów głównych, ForePlayów, Sound&Vision, przeżyliśmy w tym roku prawdziwe bombardowanie tematem miłosnym. Love&Revenge przeniósł nas mocno na wschód, w krainę, która już na wschodzie nie istnieje (temat miłosny został totalnie wyparty przez islamskich radykałów), z kolei „Miłość jest wszystkim: 100 lat podrywu” dokumentalistki Kim Longinotto i Richarda Hawleya (muzyka) okazał się sprawnym found footagem brytyjskiej kinematografii, nostalgiczną podróżą przez historię tego kina od pierwszego heteropocałunku zarejestrowanego na taśmie filmowej po homoerotyzm wysadzający w powietrze kodeks Haysa. Na tych, którym było mało afektów i intymności, czekał pokaz sześciu filmów w panelu, którego tytuł został zaczerpnięty ze słynnego filmu Anga Lee z 2007 roku „Ostrożnie, pożądanie” (nowe danie serwowane na planecie Ars – krótki metraż – mam nadzieję, stale zagości w repertuarze festiwalu), oraz zdobywca tegorocznego Czarnego Konia za pełny metraż, „Nóż+serce” Yanna Gonzalesa. Miłość zresztą przeciekała przez własny blok tematyczny do ForePlay (np. Larry 7 Miłość na fali), do klipów z Chocked&Blind vol.3, do niektórych animacji, pulsowała gdzieś w tle niemal każdego obrazu filmowego startującego w konkursie głównym. Na planecie Ars (myślący inaczej) nigdy nie serwuje się wyciskaczy łez, żadnych romansideł, nawet nakręconych na nucie najwyższej. Przeważnie oglądamy tu kino trudne, odarte z wszelkich złudzeń, medytujące nad złożonością ludzkich emocji. Ani Jasmin Mozaffari i jej kanadyjski debiut „Firecrackers”, ani Tom Cullen (pamiętamy go z wybitnego filmu „Całkiem inny weekend”), również ze swoim debiutem „Pink Wall”, ani Kim Bo-ra w „Gnieździe kolibra”, nie zajmują się tworzeniem tanich historii, dalecy są od formalizmu i stylizacji, kręcą swoje antybaśnie, z chirurgiczną precyzją analizują współczesne mity i stereotypy – od dalekiej Kanady po jeszcze dalszą Koreę Południową - i ukazują uwięzionych, miotających się w nich bohaterów. Portretują ich z niezwykłą czułością, starannością i empatią – czy są to nastolatkowie, którzy muszą odnaleźć się w obojętnym świecie dorosłych, czy dorośli, którzy po latach uczą się komunikacji od początku. Coś jest w tym kinie niezależnym czystego, pierwotnego (w najlepszym tego słowa znaczeniu), niemanierycznego. Coś bardzo podmiotowego i unsubscribe. Trafiałem ostatnie dwa lata, głosując na Old Stone Johny Ma i Posmak Tuszu Dolana. Tym razem wygrał autor prezentowanych już na AIF „Spotkań po północy”, Yann Gonzales. Nie ulega jednak dla mnie wątpliwości, że każde z wyżej wymienionych dzieł w równej mierze zasługiwało na Czarnego Konia. I to najlepiej świadczy o rosnącym prestiżu i poziomie tego festiwalu.


Powrót