Siła grawitacji

Wystawa Genius Loci w Galerii 5

Z próbami przedstawienia tego czym jest genius loci zawsze są kłopoty. Jak zresztą z każdym zjawiskiem niematerialnym i nieuchwytnym. Okej, widzimy miasta (miejsca), które wyróżniają się czymś na tle innych miast (miejsc), mają nad nimi jakiś rodzaj cywilizacyjnej (a więc kulturowej) przewagi. Genius Loci nie bierze w ogóle pod uwagę różnicy między kulturowym a naturalnym – nikt nie doszukuje się ducha miejsca na Roztoczu czy w Dolinie Rospudy – jest pojęciem ściśle antropocentrycznym, interesuje go wyłącznie gatunek ludzki (i to raczej stworzony przez Boga niż przez ewolucję). Kolejny problem: jak oddać w sposób materialny to, co duchowe, a przynajmniej właśnie nieuchwytne? I kto najcelniej potrafi to zrobić? Mieszkańcy genius loci czy przybysze z zewnątrz? Czy mieszkańcy genius loci są w stanie opisać ducha miejsca, w którym żyją, skoro nie potrafią nawet poczuć powietrza, którym oddychają (żeby poczuć Śląsk naprawdę, trzeba na jakiś czas się od niego oddalić)?

Może dlatego do projektu fotograficznego w Katowicach zaproszono twórców w większości spoza regionu. Dwukrotna przewaga reprezentacji „reszty świata” z dużym prawdopodobieństwem powinna zagwarantować owe (dosłowne) spojrzenie z zewnątrz. Dystans Warszawy, Piły, Łodzi, Kielc, a nawet Lublina. Pojawia się jednak jeszcze jedna wątpliwość. Jak w trzy dni, które otrzymali fotograficy i fotograficzki, upolować to, co stanowi o duchu, tożsamości, sile przyciągania etc. miejsca? Czy nie jest tak, że ludzie z zewnątrz przyjeżdżają trochę na gotowe? Tzn. już ze swoim wyobrażeniem tego miejsca, z gotowymi obrazami pod powiekami, a nawet są gotowi mechanicznie zakwestionować te obrazy, stereotypy i przyda im się cokolwiek, żeby to zrobić. Tylko czy owe „cokolwiek” będzie jeszcze związane z konkretnym Miejscem?

Przeglądam te wszystkie kadry - w większości czarnobiałe (co już prowokuje określoną interpretację) – najpierw w Galerii 5, później na ekranie komputera. Tym, co się narzuca w sposób oczywisty, jest dominacja architektoniczna. Większość prac po prostu odnosi się do dziedzictwa industrialnego (i jego symboli), ale co ciekawe nie łączy ich wcale realizm (wyjątkiem są fotografie Arkadiusza Ławrywańca i Zbigniewa Podsiadło), tylko przetworzenie. Mamy tu do czynienia z technikami kolażu czy np. wielokrotnej ekspozycji, które wprowadzają silny element dynamiki (Pranagal, Dźwirek, Wdowicz-Wierzbowska, Pasieka, Sachno i inni). Są również na wystawie prace, dla których odniesieniem jest nowoczesna bryła, ale i w tej przestrzeni można uzyskać dynamiczne efekty i wewnętrzny rytm dzięki określonym technikom kadrowania (Wojciech Beszterda, Borowicz, Targosz). Na zdjęciach Katarzyny Sammler widać jakby szwy między tym co tradycyjne i nowoczesne, ale cały ten przyciężki dualizm zostaje niejako złamany przez postaci na pierwszym planie – to na nich w zasadzie skupia się moja uwaga. To one dynamizują statyczny pejzaż. Ruch, wielość można również pokazać w cyklu fotografii – dziewięć małych „kwadratów” Joanny Nowickiej układa się w jeden duży „kwadrat”, w którym element urbanistyczny jest kompletnie nieobecny. Oto duch miejsca – wydaje się mówić autorka – tworzą go ludzie, ci bliscy oraz spotkani przypadkiem na ulicy, tworzy go również znajomy widok z okna, jak i odleglejszy pejzaż naturalny. Co ciekawe, nie znajdziemy na tych fotografiach żadnych tropów wiodących nas do „Katowic”. Tak też się dzieje w cyklu prac Jolanty Rycerskiej, na zdjęciu Piotra Spaka i na fotografiach przedstawiających uliczne graffiti (Zacharko-Łagowska) – żadnych informacji, odniesień do konkretnego miejsca, konkretnej rzeczywistości. Chociaż przecież wiemy, że tu właśnie, na Śląsku i w Katowicach, zostały te fotografie wykonane.

To tylko część wystawy, potraktowana przeze mnie w dużym skrócie. Staje się dla mnie jasne, że na tożsamościowy (czy może nawet grawitacyjny) portret Katowic składają się wszystkie te spojrzenia i ujęcia prezentowane na ekspozycji. Wszystkie one starają się w różny sposób pokazać ruch, przenikanie, niestałość, ale opartą na solidnych podstawach (wiedzą o tym zarówno architekci, jak i turyści). Oczywiście ten obraz jest niekompletny, część owej grawitacji tkwi w każdym z nas.


Powrót