Twarze przyszłości

Wystawa "Wokół portretu"

Szklaną płytę najpierw trzeba poddać odtłuszczaniu, najlepiej w dwóch etapach. Najpierw wcieramy w nią miksturę na bazie węglanu wapnia, następnie alkohol izopropylowy. Po osuszeniu można już nałożyć na powierzchnię szkła cienką warstwę kolodionu (roztwór nitrocelulozy)
i uczulić płytę w kąpieli z azotanu srebra. W tym czasie planujemy kadr, obliczamy ekspozycję (uczulony kolodion balansuje w granicy 2-3 iso). Już w warunkach ciemniowych wyciągamy płytę z uczulacza i wkładamy do drewnianej kasety – w niej, ciągle mokra, będzie poddawana kilkusekundowemu naświetlaniu, po wyjęciu wywołana i utrwalona w klasycznej chemii. W ten sposób na przezroczystej płycie szklanej otrzymujemy kolodionowy negatyw, bądź na czarnej (szkło, kompozyt) – pozytywową ambrotypię. Tyle samo – czasem więcej lub mniej – zabiegów kosztuje wykonanie cyjanotypii, ferrotypii, obrazu w technice gumy dwuchromianowej, brązu Van Dycka czy heliograwiury. Po przeciwległej stronie procesu rejestracji obrazu mamy całkowicie bezpieczny, higieniczny, bezpośredni i błyskawiczny, cyfrowy shoot. Krótkie objęcie kadru, naciśnięcie migawki, przegląd, przekazanie nośnika do jednego z fotolabów. Koniec. Tyle nas, współczesnych rejestratorów, łączy z procesem, którego głębię i możliwości trudno zmierzyć. A nawet opanować. Janusz Marynowski, muzyk Sinfonii Varsovia, fotograf pracujący w technikach szlachetnych i jeden z dwudziestu bohaterów wystawy „Wokół portretu” mówi wprost: w tej dziedzinie fotograf uczy się całe życie.

Mieliśmy w Katowicach sporo szczęścia, ekspozycję możemy zawdzięczać szybkiej reakcji i wysiłkowi dwóch osób – Katarzyny Łaty, która o dwa miesiące przedłużyła dwutygodniowy żywot warszawskiej wystawy, odbywającej się w ramach 2 edycji Dni Fotografii Alternatywnej, oraz Jolanty Rycerskiej, która objęła kuratelę nad tym niecodziennym wydarzeniem. Takiej różnorodności technik szlachetnych, tylu nazwisk w jednej galerii, a przede wszystkim tylu unikalnych fotograficznych prac w jednym miejscu w Katowicach nie było od dawna. Jeśli w ogóle. Warto tu zaznaczyć i zaakcentować podwójnie przymiotnik „unikalny”. Nie tylko procesy alternatywne, całkowicie manualne, zawierają w sobie tę wyjątkowość, która je wyróżnia na tle wszechobecnej, totalnej multiplikacji obrazu. Mamy przecież na wystawie „Wokół portretu” do czynienia z artystami, którzy bardzo świadomie traktują swoje rzemiosło, na różnych etapach pracy (ekspozycja, praca nad negatywem/płytą metalową/odbitką itd.) ingerują w ów proces i go modyfikują. Ale też zakładają jakąś rolę przypadku w tym procesie. „Odkształcenie”, „komplikacja”, odbywa się na kilku poziomach. At least, coś co z samej natury jest wyjątkowe, zostaje niejako w tej pojedynczości podwojone. Nic bardziej nas nie zbliża do „misterium”, jakim jest fotografia. W końcu rejestruje ona wyłącznie to, co nigdy nie ulega powtórzeniu.

Nie da się, szanowni państwo, w dwóch kolumnach tekstu objąć, czy nawet podjąć próbę opisu uniwersum wszystkich bohaterów tej wystawy. Byłoby to czyste szaleństwo. Każdy z nich zasługuje na osobny esej lub szkic w odpowiednio przygotowanym katalogu wystawy – tak odrębne poetyki i metody prezentują. Najmniej w „Wokół portretu” jest klasycznego portretu – nawet jeśli mamy do czynienia z jakąś typową dla tego gatunku kompozycją i kondensacją uwagi/ostrości skupionej na twarzy portretowanego – jak to się dzieje w przypadku Katarzyny Kryńskiej czy Magdaleny Wdowicz Wierzbowskiej – oglądamy ją przez konkretną modyfikację lub zespół modyfikacji. Kryńska wykonuje cyjanotypie na bazie kolodionów, niekiedy umieszcza na portrecie formy przestrzenne, obraz Wierzbowskiej otrzymuje finalną formę w brązie Van Dycka (portret w metalu), ale już znacznie wcześniej, przed całym żmudnym procesem chemicznym dochodzi do „przełamania” konwencji – nie mamy kontaktu wzrokowego z pięcioma bohaterkami Wierzbowskiej. Te portrety są doskonale zamknięte w sobie, jak puzderka z pamiątkami. Albo otwarte tylko do wewnątrz.

Osobną grupę prac stanowią cykle „stylizacyjne”, np. Marcina Szwaczko, Meg Turner i Romana Krawczenko. Odnajdujemy w nich rekwizyty znane już nam z przedwojennych i XIX wiecznych kolekcji - te same arystokratyczne lub nieco ironiczne pozy portretowanych ubranych w stroje sprzed wieku, wdowy i panny młode, cyrkowców, traperów i młodzieńców o wzorowych obyczajach - i ani przez myśl nam nie przejdzie, że przecież oglądamy współczesność, którą fotograficy i styliści utapirowali i przymierzyli do starych ciuchów i metod fotograficznych. Dyskretny dialog z tradycją pop-artową (serigrafie Warhola) prowadzi Katarzyna Łata, z kolei do postmodernizmu i jego wszystkich kłopotów z tożsamością nawiązują Patrycja Pawęzowska, Robert Pranagal, Krzysztof Ślachciak (jedna z prac została wykorzystana w ramach identyfikacji wizualnej wystawy). U tych ostatnich twórców widać szczególną predylekcję do gruntownej ingerencji w proces fotograficzny, w zasadzie oglądamy prace o niezwykłej „plastycznej gęstości” (Karina Ska, Pranagal wykorzystują wprost techniki malarskie), dynamiczne i amorfizujące. Może właśnie tak wygląda portret człowieka i mieszkańca XXI wieku? Być może wszystko, co starał się nam o nas samych opowiedzieć mimetyzm, przestało nam komunikować cokolwiek? 


Powrót