Pięć dni na wizualu

Ars Independent 2018

W tym roku będzie tylko jeden felieton. Zanim zdążyłem zebrać myśli i wrażenia, już rozdawano Czarne Konie. Ars Independent rozpoczął się we wtorek – tym razem nie filmem długometrażowym a setem animacji (chociaż klimatem set nawiązywał do ubiegłorocznego openingu, filmu „Brigsby Bear” Dave’a McCarthy’ego). W niedzielę wieczorem było już po wszystkim.  Pięć dni to nie jest wcale tak mało, tym bardziej że dzięki przywróceniu powtórek festiwalem mogliśmy cieszyć się już od wczesnych godzin popołudniowych (w sobotę i niedzielę wręcz od południa) aż do licznych północnych afterhousów (scena muzyczna) a jednak odczułem niedosyt. Czas ewidentnie się skurczył. A tak dzieje się z reguły, kiedy coś skutecznie odwraca uwagę od upływu czasu.

Ars Independent pomimo postulowanej a często nawet manifestowanej przez jego załogę skłonności do eksperymentu, swoistego radykalizmu artystycznego i nieśmiałości prelegentów (którzy gęsto tłumaczą się ze swoich wyborów, jakby nie przemawiali do wiernej tym wyborom publiczności) jest coraz lepiej zorganizowane. Nie żebym był entuzjastą organizacyjnego ordnungu, ale to bardzo ułatwia życie i poruszanie się po festiwalowych ścieżkach. Nie czepiam się ani niedziałających w pierwszych dwóch dniach komputerów z wgraną w nich historią polskich gier wideo, ani awarii drugiego seta animacji, ani błędów w programie, które zapowiadał Przemek Sołtysik. Dodawały tylko uroku dobrze przygotowanym sekcjom. Najmniejsze kino świata jak co roku zajęło to samo miejsce na parterze w holu, na drugim piętrze „szukaliśmy” (wedle instagramowej rekomendacji) Czarnego Konia Gier Wideo, zaś w sali 211 prócz seta animacji poklatkowej wyświetlano przede wszystkim materiały kolejnej sekcji – Miasta Muzyki (dwa dokumenty czarno-białe zza żelaznej kurtyny; litewski reportaż z głębi lat 90 tych i współczesną polską retrospekcję oraz dwa kolorowe, ale za to fabularyzowane obrazy – świetny „Bird”  w reżyserii Clinta Eastwooda i „American Valhalla”). Galeria Korezu przygotowana została dla ekspozycji „Od Marienbadu do Novigradu”, a Music Hub na VRoomowe wojaże po wirtualnej rzeczywistości. W „Drzwiach” jak zwykle wyświetlano wideoklipy i organizowano afterparty, Światowid, odciążony tym razem przez salę 211, w której wyświetlano przegląd filmów Piotra Szulkina (jego trzy najważniejsze filmy, dzisiaj powiedzielibyśmy – trylogię postapo), wyświetlił trzy sety animacji konkursowej i pięć filmów długometrażowych. Wszędzie towarzyszyła mi kapitalna festiwalowa grafika, na openingach, słupach ogłoszeniowych w centrum miasta, na bilbordach (wrażenie robił zwłaszcza baner przy Bocheńskiego), schodach wiodących do Strefy Centralnej i oczywiście – na okładce arsowego katalogu/programu.

Rzecz jasna, chcąc dotknąć wszystkiego, z większości trzeba było zrezygnować. Najlepiej zawsze mają goście o sformatowanych zainteresowaniach (bez urazy). Cały przegląd klipów mają w jednym miejscu. Albo gry i VRoom, albo długi metraż. Są w stanie wyciągnąć jak najwięcej z danej sekcji i chilloutować się w przerwach. Tak jest w sumie ten program pomyślany. Ludzie mojego pokroju – a proszę mi wierzyć, praca ma bardzo niewielki wpływ na festiwalowe decyzje – chyba nie są do końca brani pod uwagę. I słusznie – gdyby wszystkich zaspokoić, festiwal musiałby trwać miesiąc. Szczerze mówiąc – spróbowałem trochę wszystkiego. Żeby poczuć flow. Skupiłem się (również jak co roku) na animacji (dwa sety, z czego drugi z powodu awarii nie był dokończony) i filmach fabularnych prezentowanych w sekcji Czarny Koń Filmu. Dlatego wcześniej napisałem, że czas się ewidentnie skurczył. Bo gdybym miał na przykład wybrać moją finałową dziesiątkę, to połowę z niej stanowiłyby długie metraże. „My” Rene Ellera, „Oczy ważki” Xu Binga, surrealistyczne obrazy Nilesa Atallaha („Król”) i Bartranda Mandico („Dzicy chłopcy”) i oczywiście zwycięska „Lemoniada” Ioany Uricaru (który to już raz rumuńskie kino dowodzi swojej wielkości!). Każdy z tych filmów, nawet tak odjechany jak „Dzicy chłopcy”, zasługuje na wejście do „głównej” dystrybucji, tak jak to się stało w przypadku prezentowanych i nagradzanego na AI: „Mustanga” Deniza Gamze Erguvena czy „Posmaku tuszu” Morgana Simona. Dopisałbym do tej piątki elektryzującą „Amerykańską Walhalę” z Iggym Poppem i Joshem Hommem, „Dzieci z hotelu Ameryka”, pomysł na Szulkina – znacznie lepszy niż ubiegłoroczna idea przeglądu filmów Kawalerowicza. I na koniec coś z podziemi – VRoomowe „Limbo” – czyli jak to jest być oczami i uszami uchodźcy. Jak to jest być ciałem uchodźcy. Materiał, który powinien być „na wyposażeniu” każdej placówki oświatowej w Polsce. I koncert Komendarka w Hipnozie. W tym roku, wyjątkowo nie miałem swojej ulubionej animacji. Wszystkie prezentowały wyrównany poziom, nie mogłem się zdecydować. Być może najmocniej zagrał powtórzony na AI „Drwal” Dębskiego. Nabrał po śmierci jego autora jakieś ciemniejszej, a nawet proroczej siły. Niby takie pozamerytoryczne kwestie nie powinny mieć wpływu na ocenę, ale wiadomo, że często ten wpływ wywierają.

Cokolwiek by się nie działo na festiwalu, po kilku dniach wizualnego szturmu (dzięki VR ten szturm okazuje się wręcz organiczny i absolutny) ma się dość, a jednocześnie pragnie się więcej tego czystego towaru. Efekt odstawienia jest zawsze bolesny. 


Powrót