Ogień, fizyka i inne ograniczenia

Najpierw z grafiku wypadła parada sztukmistrzów

Najpierw z grafiku wypadła parada sztukmistrzów, wielobarwny i zjawiskowy pochód szczudlarzy, przebierańców, aktorów różnych scen teatralnych na platformach, motocyklistów i kierowców kabrioletów spod znaku Old Timer Garage. Potem stopniowo topniała teatralna oferta Inwazji
(i jedna po drugiej znikały sceny na katowickim rynku). W tym roku pomysł skurczył się do jednej sceny, zbyt ciasnej dla trzech wykonawców, i kilkudziesięciu metrów kwadratowych placu odciętego z jednej strony sztuczną Rawą, z drugiej torowiskiem tramwajowym, z trzeciej pomnikiem Harcerzy Września. Rynek tym razem wzięły w posiadanie strefa kibica i jarmark
z kraftowym piwem, ale przecież zawsze wykorzystywany przez Inwazję Plac Teatralny stał niewykorzystany. Bo też owo wyczerpanie, kurczenie się wcale nie ma związku z brakiem przestrzeni, ale być może z malejącą frekwencją, która jest – jak się domyślam – odpowiedzią na brak szerszej oferty, czasem na pogodę, która skutecznie potrafi wygnać najbardziej upartych widzów.

Jeśli chodzi o Muzikantów i grupę Omnivolant to nie mam żadnych zastrzeżeń. W niedzielę dali najlepsze popisy. I właśnie – empirycznie, czyli frekwencyjnie – dało się to potwierdzić. Dwa powtórzone (to też dowód na powyższą tezę) przedstawienia, tj. „Gravity is a mistake”
i premierowych „Petronautów” obejrzały tłumy widzów (jak na ten ciasny obszar i porę niedzieli).

Pierwsze z nich zobaczyłem niemal w całości, wciśnięty gdzieś między sztuczną palmę a krawędź sztucznej rzeki, tylko dlatego, że odbywało się na sporej wysokości, ponad głowami widzów.
Tło stanowiły okna katowickiego „Separatora” i fragmenty niedzielnego błękitu. Pierwszy plan całkowicie zdominowała stalowa konstrukcja łukowa i akrobaci w białych, obowiązkowo ciasnych strojach. Kilkanaście różnych układów, bardzo zresztą udanych (tzn. wykonanych niemal bezbłędnie a nawet z wyjątkową gracją), jakieś próby opowieści (przeznaczonych dla najmłodszych widzów), ale przede wszystkim dość nieoczekiwane sceny, obrazy, kadry. Trochę antyczne – ze względu na biel i hieratyczność bohaterów, nieco socrealistyczne z tym kultem ciała, a nawet mitologiczne i surrealne – bo w końcu przez moment ciała fizyczne odrywały się od ziemi i przypominały Chagallowskie fantomy, które przepadkiem zabłądziły nad jedną z głównych miejskich arterii Kato.

Akcja „Petronautów”, niestety nie toczyła się na scenie czy nawet na prowizorycznym podwyższeniu. Podobnie zresztą jak przedstawienia Gilada Shabtay czy Sari Mäkelä. Powiedzmy sobie jednak szczerze, że Fireshow rządzi się nieco innymi prawami (zwłaszcza po zmroku), poza tym istnieje uzasadnione prawdopodobieństwo, że show okaże się show nie tylko z powodu ognia (Muzikanty już coś jednak na scenie pokazali), i najzwyczajniej w świecie przedstawienia szkoda.
I tu się okazuje jak bardzo trafiony jest tegoroczny pomysł z livestreamem na YouTube. Owszem, są te wszystkie ograniczenia przestrzenne, ale można odpalić smartfona i poczuć się jak jedyny
i wyjątkowy widz. I tak dzisiaj wszyscy siedzą w komórkach, tylko jakieś homozaury wolą jeszcze real. Wolą poczuć prawdziwy zapach ognia, nawet jeśli pachnie trochę sztucznie, zobaczyć autentyczny pot na aktorskich czołach i skroniach, ostatecznie wysłuchać muzyki, która im przypomina stare hity niemego kina, skoro nawet podczas powtórki przystojny Izraelczyk, Gilad pozostaje poza zasięgiem wzroku.


Powrót