Miasto pod napięciem

II Dni Tranströmerowskie

Tomek Fiałkowski nie przyjechał drugi raz z rzędu i Leonard Neuger też drugi raz musiał tłumaczyć go z wypadków losowych. Pierwszy raz – warto odnotować – nie zjawiła się Ewa Lipska, Tomek Różycki i Marcin Majchrowski. Lipską na szczęście zastąpił Jerzy Lisowski, Fiałkowskiego – poeta Józef Baran, miejsce po autorze „Vaterlandu” i „12 stacji” niestety pozostało „nieobsadzone”. Krótko mówiąc: zabrakło wielkich osobowości, ale przecież to nie znaczy, że 2 Dni Tranströmerowskie się nie udały. Przyjechał Adam Zagajewski i godnie zastępował nieobecną gwiazdę poezji szwedzkiej, zarówno jako komentator jak i (mistrzowski) wykładowca, ale przede wszystkim punkt odniesienia dla wielu rozważań jego przedmówców, przyjechał również Edward Pasewicz – świetny poeta i kompozytor, któremu mogliśmy zawdzięczać krótkie wprowadzenie do teorii
i historii muzyki, Marta Podgórnik, Ula Zajączkowska, Malwina Mus, autorka reportażu
o Tranströmerze, Adam Wiedemann, Marian Kisiel. Przyjechali: Maria Komorowska i Krzysztof Globisz, który wreszcie zrealizował ubiegłoroczny pomysł Tomka Cyza – Pokój Tranströmera.

Pomyślałem sobie, że Pasewicza jednak należało „posadzić” vis a vis Wiedemanna, w końcu obaj kojarzeni są z poezją jak i muzyką. Dać fachowcom szansę na fechtunek. O ile bowiem Marian Kisiel świetnie sobie poradził z Wiedemannem, nawet pomimo tego, że zaznaczał swój brak rozeznania w muzyce (nawet jeśli była to tylko kokieteria), to na programowym harmonogramie bardzo straciła Marta Podgórnik. Jestem przekonany, że jej dyskursywne możliwości nie zostały w ogóle wykorzystane właśnie dlatego, że nieco na siłę została wtrącona w temat muzyczny. Gdyby Podgórnik mogła wypowiedzieć się o „Jej Tranströmerze”, czyli w formie bardziej luźnej
i pojemnej, być może bylibyśmy świadkami dwóch aktów strzelistych, dwóch wystąpień afirmacyjnych. Zaraz po zjawiskowej i podniosłej pochwale natury Uli Zajączkowskiej usłyszelibyśmy wtedy afirmację konkretu u Tranströmera albo np. hymn o transgresji. Może nie hymn, bo z tym gatunkiem nie po poetyckiej drodze Marcie Podgórnik.

Rację miał Leonard Neuger, kiedy w ubiegłym roku roztrząsał niemożliwość takich przedsięwzięć we współczesności (i jakby w odpowiedzi na tę wątpliwość krakowska odsłona DT nie przyciągnęła wielu odbiorców poezji). Rację miał również w tym roku, kiedy zaznaczał, że „drugi raz” jest nawet trudniejszy niż inauguracja idei. Pewnie nie tylko dlatego, że takie festiwale zależą od czyjejś dobrej woli (zbyt często politycznej dobrej woli), obecności w mediach czy może nawet statystyk, ale również z powodów bardziej oczywistych, np. permanentnie zaniżanej edukacji.
W każdym europejskim kraju, dla którego edukacja jest kwestią kluczową i priorytetową, wydarzenie które podnosi swoją rangę, merytorycznie (poziom dyskusji) i medialnie (czołowe nazwiska ludzi kultury) może liczyć na rosnące zainteresowanie ze strony mediów i odbiorców. Kraków i Katowice zadbały o jedno i drugie. Bardziej niż za pierwszym razem. Nie wiem, co musiałoby się stać, żeby te działania nie przypominały walenia głową o mur.

Chciałbym to zaznaczyć jeszcze raz. Byłem pod ogromnym wrażeniem „nieantropocentrycznego” wystąpienia Uli Zajączkowskiej, mówiącej o zgodności z naturą, dotkliwości niezrozumienia, intensywności światła i jego przejawach w poezji Tranströmera, ciszy jako formie oczekiwania na słowo, pod wrażeniem wykładu Zagajewskiego – niby akademickiego rozważania na temat niemieckiego dichtung, i wynikających z tego do dzisiaj kłopotów z definiowaniem poezji i prozy, ale jednocześnie bardzo luźnego i otwartego, niezwykłej hermeneutycznej biegłości profesora Mariana Kisiela (ale i przytomnej kontroli dyskusji, która co rusz próbowała oderwać się od tematu). Byłem przejęty wspólnym czytaniem Tranströmera z Krzysztofem Globiszem – porozumieniem, które dokonuje się w poezji ponad poezją, nawet ponad ograniczeniami,
w artykulacji, w spojrzeniach, zawieszeniu głosów – dokonuje się w sposób czysto fizyczny
i cielesny. Pamiętam, że kiedyś ktoś zadał mi pytanie, czego oczekuję od poezji. Odpowiedziałem bez namysłu, że oczekuję wstrząsu. Czasem wstrząs powoduje kamień, nienaruszona tafla jeziora, powtarzający się dźwięk, innym razem to napięcie, jakie wytwarzają słowa. Albo ich brak. Zdolne rozpalić wielkie miasto podczas długiej nocy. Doświadczyć tego częściej niż raz na jakiś czas udaje mi się między innymi podczas lektury wierszy szwedzkiego noblisty. A także podczas takich festiwali jak Dni Tranströmerowskie w Kato.


Powrót