Walking reedist

Katowice Jazz Art. Festiwal cz. 1

Walking reedist, tak sobie pomyślałem w obcym, ale nieraz bliższym niż polski angielskim.
Bo „spacerujący saksofoniści” nie brzmi najlepiej. A tak się właśnie składa, że Piero Bittolo Bon, który spoglądał na nas przez ostatnie tygodnie z promocyjnego zdjęcia festiwalu, otworzył wystawę poświęconą działalności włoskiej wytwórni AUAND RECORDS za pomocą swojego saksofonu tenorowego. I tak się składa również, że czterej saksofoniści z Quatuor Machaut też się sporo nachodzili w kościele Mariackim. Nie żeby wątpili w kosmopolityczną potęgę dźwięku, jednak zagranie mszy na instrumentach umieszczonych w jednej linii i ustawienie ich na planie krzyża to dwie całkiem różne sprawy.

Tylko saksofonista rzymskiego Zu trzymał się swojego metra kwadratowego sceny w Hipnozie, bo też dźwięki, które wydobywał z instrumentu przypominały raczej mroczny, nordycki obelisk wbity głęboko w glebę, w skały, w fiordy niż lotność jazzową czy też saksofonową polifonię.

Można było uznać ten ruchliwy jazz za dobrą prognozę dla festiwalu, który komplementował już w prasie Jarek Szubrycht, pisząc o „nowej krwi” i Zu, który zniszczy wszystko. Aczkolwiek sam festiwal, co warto zaznaczyć, zaczął się jeszcze przed wernisażem w Engramie od znakomitych before’ów.

Pierwsze dwa dni różniło niemal wszystko. Najpierw w sali kameralnej uderzyło włoskie trio A.L.T.E.R.C.O związane z niezależną wytwórnią AUAND. Uderzyło mocą skondensowanej improwizacji (chociaż opartej na kompozycjach Manlio Maresci – o czym wspomniał w przerwie Bittolo Bon) i eksperymentu. Koncert przypomniał mi najlepsze lata spędzone na przesłuchiwaniu kolejnych płyt Freda Fritha, w szczególności gitarę Manlio Maresci, jej strój i technikę gry. Niesamowita free jazzowa energia, downtown i tradycja nowojorska z „elementami westernu”, długie i rozbudowane frazy przeplatane akcentami sonorystycznymi i elektronicznymi zapętleniami. Sama rozkosz.

Dosłownie chwilę później przypomniało o sobie trio Brzoska/Marciniak/Markieiwcz – niedawny koncert w Absurdalnej prezentujący materiał z nowej płyty „Brodzenie” spokojnie można było uznać jako JAF before. Utworów z tego projektu wysłuchiwałem wielokrotnie, od pierwszych zajawek na bandcampie po pierwsze całościowe doświadczenia w zaciszu domowym. Jednak wiadomo, stary wysłużony Technics to nie to samo co żywy występ, nagrań nie da się zmienić (co nie znaczy oczywiście, że zawsze słyszy się to samo), koncerty mają swoja dynamikę, a improwizatorzy muszą iść na żywioł. Przynajmniej powinni. Ta trójka świetnie się ze sobą dogaduje, trąbka Markiewicza „soczysta” i pełna entuzjazmu, coraz bardziej modulowany głos Wojtka Brzoski i kapitalnie spreparowana (na styl Coltrane’owski Raphaela Rogińskiego) gitara Łukasza Marciniaka. Pomiędzy pięknym pesymizmem (chociaż może tylko smutkiem) gitarowych fraz, zapętleń i czystością afirmacji trąbki znajduje się przestrzeń dla głosu, który wybiera raz jedno, raz drugie, nigdy nie przekraczając „kruchej” linii równowagi.

Piątek przyniósł dwa wydarzenia muzyczne absolutnie światowej wagi. W kościele Mariackim główne dzieło Guillaume’a de Machaut na saksofonowy kwartet przedstawił Quatuor Machaut, a Hipnozę kompletnie rozwalili – zgodnie z przepowiednią Szubrychta – rzymianie z Zu. Kontrast pomiędzy emocjami, jakie budziły obie te realizacje – nie tylko ze względu na ich klubowy i sakralny charakter – był jeszcze silniejszy niż rozstawienie z pierwszego dnia. Właściwie to już do końca festiwalu nic podobnego w sensie rozpiętości skali, się nie wydarzyło. Niemniej nie mogę oprzeć się wrażeniu, że owa rozpiętość jest tylko złudzeniem, że jeśli przysłuchać się dokładniej ciężkim, jak świątynne filary, basom saksofonów Quatuor Machaut (i odrywającym się od nich strzelistym sopranom), wypreparować je z „miękkiej”, „atłasowej” części Mszy, otrzymałbym coś bardzo bliskiego Zu. Wrażenie to jest być może heretyckie i przewrotne, ale jest. I potwierdzają go kolejne moje doświadczenia z Messa Notre Dame. Poza tym w oryginale, i to jest urok przetwarzania starych dzieł w nowoczesny sposób, nie słychać Arvo Parta, Szostakowicza czy Jana Garbarka (z Oficjum).

Jeśli chodzi o występ Zu i jego recepcję, wystarczyło prześledzić pierwsze komentarze na fejsie. „Zu zaorał Hipnozę”, „Miazga absolutna”, „Nie mogę się pozbierać”, „To był prawdziwy smooth”, itd.  Każdy dźwięk na tym koncercie ważył tony. Nie mówiąc już o ścianach dźwięków. Przebywanie w działającej walcowni przy Zu byłby jak postój w oazie (gdyby oczywiście chcieć zastosować jakieś uogólniające porównanie). I to wszystko w sposób matematyczny, transowy wykonali Włosi. Gdybym tego nie zobaczył i nie wysłuchał, nigdy bym nie uwierzył. 


Powrót