Pierwsza warstwa popiołu

KatoHej Fesiwal

O ile dobrze kojarzę, KATOhej wybrzmiał już trzeci raz. Całkiem nieźle pamiętam ubiegłoroczny koncert grupy Cisza jak ta, ale 2016 rok niestety wygląda jak biała plama. I tak też brzmi. Może w pierwszej edycji nikt nie przygrywał pod Strefą Centralną i nikt nie rozkładał się z instrumentami w Sali Widowiskowej. Dlatego pamięć nie miała się czego uchwycić. Internety jednak potwierdzają, widać mają rację.

Z 2017 roku pamiętam „Kołysankę dla Joanny”, bo aranżacja nie trafiła w moje poczucie estetyki pieśni turystycznej (jeśli na dodatek aranżuje się Bellona, naprawdę potrzeba uwagi i ostrożności, żeby nie przedobrzyć). Przypominam sobie również psa ratowniczego na scenie – labradora choć pewniej goldena – i parę innych drobiazgów. W tym roku niespodzianek na scenie nie było, no chyba że za niespodziankę uznać brak Wojtka Jarocińskiego w głównym składzie. Jeśli wyobrazimy sobie, że sporą część legendarnych pieśni Wolnej Grupy Bukowina śpiewa Jarociński, a śpiewa je znacznie wyżej niż Wacław Juszczyszyn, to jest to niespodzianka po prostu przykra.

Ale po kolei.

Pierwsze piętro, czy jak kto woli – wysoki parter IKKMO, tuż przy Strefie Centralnej od dawna pełni rolę foyer – tu rozkładają się wydawnictwa muzyczne, stoiska z gadżetami, giełdy winylowe, tu się czasem wystawia i prezentuje fragmenty wystaw, wreszcie to dobre miejsce do przeprowadzania wywiadów, np. po konferencjach prasowych. Nie inaczej było z KATOhej. W holu reklamowały się schroniska górskie, GOPR-owcy zaprezentowali podstawowy sprzęt ratowniczy, było trochę sportowej odzieży dla wędrowców uprawiających sport i odwrotnie. Przygrywali góralską nutą Hajducy, w dwóch odsłonach, trochę jako foyerowy suport i jako coda po koncercie WGB.

Kiedyś chciałem być ratownikiem górskim, ale nie zrobiłem nawet kursu taternika, wędrówki po szczytach Beskidów zamieniłem na speleologię, dalej słuchałem Bellona, ale nijak już przypasować go nie mogłem do widoków podziemnych. Całe życie podziwiałem tych chłopaków. Tych z GOPR-u i tych z JOPR-u. Drugich miałem znacznie bliżej jurajskiego domu (i możliwości). Bo w Kroczycach, i bo życie po czterdziestce może się jeszcze komuś przydać. Zwłaszcza tym, którzy jurajskie dziury traktują bez szacunku.

Kapela Hajduków o tym wszystkim mi przypomniała. WGB sięgnęła jeszcze głębiej. Nie aż do samych początków – wszak jesteśmy równolatkami – ale wystarczająco daleko, żeby się poczuć swojsko, a zarazem nieswojo. Nagle rozumiem, że te pieśni są ponadczasowe, że ta wrażliwość (turystyczna, ekologiczna) jest dostępna również dzisiaj, to nie jakiś diachroniczny eksponat, ale coś biegnącego w poprzek czasu. Jak inaczej wytłumaczyć tylu młodych ludzi na widowni? Co Wojciech Bellon ma im dzisiaj do zaoferowania? Poezję, którą rozumieją (w przeciwieństwie do poetyckiej martyrologii serwowanej w szkołach)? Jakiś rodzaj utopii w warunkach masowej turystyki i rozjeżdżonych quadami szlaków górskich? A może chodzi o to, że Bellon i WGB nadają się dzisiaj idealnie na wyrazicieli świadomości ekologicznej, może jak nikt inny z tamtego pokolenia wyrażają tęsknotę za naturalnością, za bezwarunkowym egzekwowaniem prostych i dostępnych marzeń w prostych i dostępnych słowach (i czynach), nawet jeśli literatura tak zwanego oficjalnego nurtu „tamtych” poetów traktuje z ironiczną wyższością? Ileż to razy, począwszy od lekcji polskiego w liceum, a skończywszy na spędach literackich, nasłuchałem się tej wyższościowej narracji, ile razy sformułowanie „kraina łagodności” budziła pusty śmiech. Fakt, dla oficjalnego nurtu Jerzy Harasymowicz, Wojciech Bellon czy Adam Ziemianin byli ważni, ale jakoś tak na marginesie, przy rzadkiej okazji albo po dużej dawce alko (zupełnie jak pisarze z kręgu „Fantastyki” czy dzisiejszego kryminału). Spróbujmy jednak porównać zasięg, recepcję poezji mainstreamowej oraz twórców poezji śpiewanej i piosenki turystycznej. Porównajmy tych bełkoczących pod nosem poetów z różnych literackich gett, sfrustrowanych własną znikomością i nieefektywnością z wyrazistym i zrozumiałym przesłaniem poetów „śpiewanych”. Czy jest w ogóle co porównywać?

Więc tak: byłem pod ogromnym wrażeniem średniej wieku na koncercie WGB, zdziwiło mnie również to, że ci młodzi ludzie w większości świetnie znali teksty (Wacław Juszczyszyn drugi bis, „Chodzą ulicami ludzie”, zadedykował właśnie rozśpiewanej widowni). Wolna Grupa Bukowina zawsze była zespołem otwartym, dość przyznać, że przez koncerty i nagrania przewinęła się spora grupa muzyków i wokalistów, m.in. Magda Umer, Jan Wołek, Elżbieta Adamiak, Jan Hnatowicz), na koncercie w Katowicach gitarę Jarocińskiego zastąpił Krzysztof Żesławski (i świetnie, zwłaszcza w kilku solówkach, zestroił się z zespołem). Staszczyszyn Jarocińskiego nie mógł odżałować, Grażyna Kulawik rzucała zabójcze spojrzenia w stronę Staszczyszyna, kiedy ten mylił się lub zapominał. Tu gdzieś przebiegała owa granica między tym co swojskie a poczuciem nieswojości (czy raczej pewnym rodzajem niepokoju), bo przecież czas zrobił swoje, nie zabrał tym ludziom głosu (brzmiały tak samo czysto i młodo jak dekady temu), nie wygasił całkiem życiodajnego płomienia, ale w jakiś sposób usztywnił ich twarze i sylwetki (i pamięć), przykrył ich pierwszą warstwą popiołu. Nie widać tego od razu w lustrach, kiedy my, rówieśnicy (WGB debiutował w 1971 r) w nie patrzymy. A może to tylko złudzenie (jeśli tylko zachowujemy wierność wewnętrznemu dziecku – jak mawiają psychologowie).


Powrót