Niech blues będzie z nami

Wehikuł Czasu 2017

Nic dwa razy się nie zdarza, więc możemy spróbować jeszcze raz. To brzmi niemal tak, jak słynny bon mot z Ziemi obiecanej: „Ja nie mam nic, ty nie masz nic, więc mamy akurat tyle, żeby założyć fabrykę”. Trochę nawet ci ludzie od bluesa przypominają tamtych, z czasów łódzkiej rewolucji przemysłowej – co prawda nie uderzają tak ostentacyjnie w przyszłość, (ciągnie ich w odwrotnym kierunku), ale zapał ten sam.

I udziela się, najwyraźniej jest zaraźliwy, bo tłumy katowiczan ponownie ciągną na koncert do sali IKKMO mimo mżawki, mimo nocy, a przede wszystkim mimo piłkarskiego święta w TV.

Ludzie na Śląsku nie mają dość bluesa a blues nie ma dość Śląska. Zadomowił się tu tak dawno temu, że dzisiaj wygląda i brzmi jak endemiczny śląski gatunek. Nie wiem, co mu się tu spodobało. Etos pracy? Pejzaż industrialny? Wielokulturowość – te wszystkie przyjazdy i odjazdy? Szczególny stosunek do wolności, głębszy nawet niż u Podhalan (góralska śleboda nigdy nie wykształciła działań wspólnotowych w sensie historycznym)? Przyjął się, został i ma się dobrze. Widać po powtórzonej frekwencji sprzed roku, po tym, że wciąż ludziom mało – nieledwie miesiąc minął od 37 edycji Rawy, a już chcą być na Wehikule Czasu, reagują na koncercie z żywiołem, z życiem, chociaż fotele w rzędach ciasno pouciskane i nakłaniają raczej do bliskich zwierzeń niż zwierzęcej zabawy. Ktoś tam mówi ze sceny, nie pamiętam Łukasz Drapała, czy występujący zaraz po nim Maciek Wiklina, że można już salę zamienić w tancbudę, ale wiadomo – nie da się. To nie dzisiejsza Hipnoza, ani wczorajsza Leśniczówka, Akant czy Puls.

Jest zresztą wyczuwalne to napięcie – między tym, co się dzieje w właśnie na scenie, co muzyka oferuje, a tym co realnie można zrobić „na widowni”. Taki paradoks. Gdzieś trzeba pomieścić tylu muzyków i tyle sprzętu i liczną publiczność, która rezygnuje ze sportu narodowego, wspólnotowego browaru w pubie (czyli rezygnuje ze świętości), żeby przyjść „na bluesa”, a jednocześnie pogodzić się z tym, że energia koncertu pójdzie w parę, że będzie jak na wykładzie albo w muzeum.

Ja zresztą miałem szczęście, że mnie ulokowali przy dźwiękowcach – nogi mogłem wyciągnąć, wybić rytm w linoleum, ale zawsze lepsze to niż wystukać plecy sąsiadowi z przodu (chociaż akurat miłośnik bluesa by to zrozumiał).

Nic dwa razy. Zestawów perkusyjnych chyba tyle samo co rok wcześniej, gitar około tuzina – więc jeśli trochę mniej niż rok temu, to skromna  różnica, ten sam niemal zestaw artystów: Wiklina, Winder, Urny, Idzik, Zembrzycki, Styczyński, Pazur Wojciechowski, oczywiście Bastek Riedel i Gałach jak zwykle w podwójnej roli, a jednak wszystko brzmi i wygląda inaczej. Nie tylko Szlak Śląskiego Bluesa wytyczył nowe szlaki (Hala Parkowa, Medyk, Straszny Dwór, Spodek, Bipromet, Biały Słoń, Santos, Mega Club, Marchołt), ale i aranżacje brzmią bardziej rockowo, a czasem nawet bardziej balladowo. Niech blues będzie z nami. I z bluesem twoim. Muzycy grają SBB, Jana „Kyksa” Skrzeka, nie może zabraknąć Dżemu i Cree, coverują Motörheadów, Easy Riderów. Knopflera może nie coverują, ale słyszę ewidentne cytaty z Brothers in Arms w gitarze Riedla. Zresztą Sebastian Riedel jest w o niebo lepszej formie niż zeszłej jesieni w tym samym miejscu – i wokalnie, i fizycznie. Tak, wszystko brzmi inaczej. Klubów już nie ma, tamtej atmosfery też już nie ma (zanikała już w czasach Ryśka „To już minęło, ten klimat, ten luz”), powtarza się tylko nastrój tego święta. Nie potrafię sobie odpowiedzieć, czy blues to dzisiaj luksusowy eksponat, który sobie podziwiamy i oglądamy ze wszystkich stron, czy da się bluesem coś opowiedzieć o współczesnym świecie bez plątania się w autocytatach i własnej mitologii. Nie potrafię i nawet nie próbuję. Siłą tej muzyki zawsze uniwersalny muzyczny język i żywioł. To wystarczy.

Radosław Kobierski

Grudzień 2017


Powrót