Puls tymczasowego

AD HOC Before JazzArtFestival

Jazz Art Festival z drugim w kolejności beforem przeniósł się do Muzeum Śląskiego, co zapowiada ich tegoroczną, ścisłą współpracę. Wypada się z tego powodu tylko cieszyć – zarówno Polonezy Maseckiego na scenie Carbon Atlantis (Tauron 2014) jak i niedawna interpretacja Nokturnów – również w wykonaniu Maseckiego – miały miejsce właśnie
w przestrzeni muzeum. Pierwszy z nich gdzieś na dzisiejszym poziomie minus 3, drugi
w odremontowanym i oddanym do nowego koncertowego użytku budynku Stolarni.

Tomasz Dąbrowski z AD HOC zagrał jeszcze niżej, w chyba najbardziej reprezentacyjnej Sali Audytoryjnej, która została wyposażona w bardzo dobry sprzęt nagłaśniający, nie mówiąc już
o akustyce. Tego samego dnia w budynku głównym MŚ pojawiła się festiwalowa instalacja Matyldy Sałajewskiej, a na ścianie łaźni Gwarek zawisł tryptyk „The Muse” Phila Paqueta – praca inspirowana zarówno komiksem, sztuką, jak i architekturą Śląska i Strefy Kultury. Muza jest postacią centralną tryptyku, przypomina trochę hinduską półboginię, trochę popdivę, która wyłania się z industrialnego smogu (tak byśmy powiedzieli dzisiaj, nieco już podduszeni zimą na Śląsku), na skrzydłach tryptyku królują gospodarze ogrodu sztuk, plastycy, didżeje, wokaliści
i Thelonious Monk. Wszystko utrzymane w zgaszonej tonacji jak nieco już wyblakły komiks.

Pomyślałem później o zgaszonych barwach w solówkach Tomka Dąbrowskiego. Te dwa zaobserwowane zjawiska jakoś współpracowały ze sobą. Co oczywiście – nie śmiem myśleć inaczej – okazać się musiało dziełem przypadku.  

Od razu przyznaję się: nie słyszałem materiału, który został nagrany w jednym z tokijskich klubów, bo też jego limitowana wersja, wydana przez Airplane Records, została przeznaczona wyłącznie na rynek japoński. Na koncercie AD HOC zaprezentowało utwory z nowej płyty, która ukaże się w połowie roku. „Strings” okazało się więc nieco mylne, chociaż może nie aż tak:
w końcu skład ten sam, a i same kompozycje w dużym stopniu odpowiadają temu, co już o nich napisano. „Poszukujący jazz”, „intuicyjna, ale poukładana muzyka”, „subtelne brzmienia elektroniczne”, itd. Jasne, pojęcia są na tyle ogólne i pojemne, że pasować mogą do najróżniejszych zjawisk muzycznych.

Pierwsza kompozycja zdaje się być jakby przetarciem szlaku, klawisze Minamiego rzeczywiście grają subtelnie, w odległym tle, Dąbrowski trąbkę prowadzi równolegle do kontrabasu Chiby, Tsuboi energicznie rozgrywa perkusję. Klimat jak najbardziej klubowy, pasowałby również idealnie do dzieł polskiej szkoły filmowej. Do takiego „Noża w wodzie” Polańskiego albo „Pętli” Hasa – subtelny, wyciszony prolog i finisz, kulminacja gdzieś pośrodku. W drugim utworze te kulminacje są piętrzone, w dodatku pojawia się wyraźny temat muzyczny trąbki Dąbrowskiego, który na chwilę przejmuje Minami, gdy tymczasem Tsuboi wprowadza rockowy rytm na bębnach. Jakby tego było mało loopery Chiby w kolejnej kompozycji generują ewidentny drone, najpierw wyraźny, potem wyciszający się do backgroundu. Dąbrowski i Minami trochę dialogizują w tej samej tonacji, po chwili niemal całą przestrzeń muzyczną wypełnia perkusja tylko po to, żeby w finale powtórzyć temat.

I tak dalej. To znaczy im dalej, tym lepiej. Mam wrażenie, jakby z czasem krystalizowały się zdecydowane i klarowne struktury melodyczne, jakby muzycy powściągali swoje ego
i „dostrajali” się do bardziej finezyjnych a zarazem narracyjnych form. Trąbka Dąbrowskiego „zdobywa” dla siebie więcej przestrzeni, bo przecież to na niej spoczywa ciężar kreowania opowieści. Im dalej, tym utwory bardziej wyciszone, zredukowane do znormalizowanego pulsu. Jest noc, barman nie ma co robić, za oknem/nad ziemią rozciąga długa tokijska/katowicka noc.


Powrót