Kosmiczny pył, zapętlone ziemskie drogi.
Go Jazzy – takie hasło odkryłem na jednym z materiałów wizualnych promujących Jazz Art Festiwal. Fonetycznie blisko go lazy – ale jazzy to przecież przeciwieństwo nic nie robienia, odwrotność szlachetnego lenistwa. Brzmi aktywnie, atrakcyjnie, być może nawet seksownie. Chociaż właściwie należałoby powiedzieć, że to hasło mnie znalazło. Zupełnie tak jak trzej instrumentaliści z RGG odnaleźli Roberta Więckiewicza. Jego głos interpretujący Solaris Lema.
Tak tworzyła się nowa planeta w młodym, dwudziestopięcioletnim systemie słonecznym tria.
Jak każda forma kosmiczna – powstawała ze zderzeń różnych cząstek, przepływów, procesów fizycznych i chemicznych (długość fal, ich barwa, natężenia, nasycenia i rozrzedzenia). A dzięki temu mogliśmy w pierwszy dzień XIV Jazz Art Festiwalu, w Rialcie tę planetę zobaczyć – choć raczej usłyszeć. Niektórych planet nie widzi się, tylko właśnie słyszy. Lub tworzy się ich obraz na podstawie spectrum. Go jazzy and find your planet.
Planeta Lem to dzieło na wskroś niezwykłe – zarówno we wszystkich fakturach muzycznych jak
i warstwie tekstowej – która w zasadzie, dzięki Więckiewiczowi, emancypuje się, sama staje muzyką. Więckiewicz jest mistrzem modulacji głosu, natomiast RGG mistrzowsko rozgrywa niuanse, emocje, tła, nastroje. Bas, perkusja, fortepian razem i każdy z nich osobno idealnie przylegają do opowieści. I opowieść je wspiera. Czasem zdaja mi się, że Więckiewicz wcale nie czyta Lema ale gada sam do siebie w amerykańskiej knajpie w czasach Charlesa Bukowskiego pod jego mocnym aniołem. Sam ze sobą toczy dysputy o awatarach i miłości.
Niespełna godzinę później w Hipnozie zaczynał swój występ „Hoshii” Kuby Więcka. Przenosiłem się do innego systemu, parę galaktyk dalej, do planety Versus. A właściwie do podróży Hoshii
z Versusa na Ziemię. Tym razem bez wizuali, które towarzyszą projektowi, trzeba było sobie wyobrazić. Go Jazzy, słyszał Hoshii. Go jazzy mówiły do Kuby Więcka bity, do których dostrajał się w swoim saksofonowym staccatoo, a czasem im uciekał jakąś dłuższą linearną opowieścią, którą powtarzał i zapętlał. Słuchałem kolejnych kompozycji i widziałem, że są tak samo zrobione, wg tego samego przepisu. Rozwijają się z pojedynczych fraz czy bitów, podlegają prawom nieustannych repetycji. Czy to jest kod Ziemi, którą rozpoznaje przybysz?
A jakie kody rozpoznaje mieszkaniec Ziemi? Tej ziemi? Na to pytanie dzień później, również w Hipnozie próbował odpowiedzieć RGG, angażując do niej – oczywiście Chopina. Czy muzyka autora Etiudy Rewolucyjnej została wystrzelona w kosmos w Voyager Golden Records, żeby reprezentować cywilizację? Nie tylko nas, zapach naszej słowiańskiej gleby?
Soul of Soil, bo tak nazywa się jeszcze nienagrany materiał, tak jak niegdyś Chopin Możdżera czy Maseckiego przenosił do tej sfery kreatywnych odczytań, mniej lub bardziej przylegających do pierwowzoru, dzięki którym muzyka wciąż zdaje się żyć i promieniować na nas. Jak zapowiedział Łukasz Ojdana, tak się stało. Ten Chopin z etiud, mazurków, preludiów i nokturnów został tak jazzowo przepracowany, że z trudem przebijał się przez harmonie i jazzowe pasaże, nie wspominając o synkopowanych rytmach. A jednak RGG udało się z Chopinem zrobić coś niezwykłego. Zbudować nową architekturę muzyczną, nie odbierając mu soul of soil, esencji romantycznej melancholii, chopinowskiej sygnatury. Te utwory poza tym brzmiały, nawiasem mówiąc, jakbyśmy cofnęli się do powojennego kina polskiego lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, do kompozycji Komedy, Ptaszyna Wróblewskiego czy Trzaskowskiego.
Jak zagospodarować zbiorową nostalgię na scenie, którą właśnie opuściło RGG? Joe Armond Jones ze swoim trio nie miał łatwo. Ale postawił na uniwersalne kolaże gatunków, coś w czym współczesny młody odbiorca nie ma najmniejszego kłopotu. Keybord Jonesa działał kojąco, nastrojowo. Dub, soul, funky, przypomniały mi wczesne jazzowe efekty u Stinga (serio, zbrakowało tylko klarnetu) i Georga Bensona. W sumie J.A.J też zabrzmiał z perspektywy trzeciej dekady dwudziestego pierwszego wieku nostalgicznie – nie umniejszając oczywiście pozytywnej, czilującej energii, którą również generował.
Ostatni wieczór festiwalu i w Hipnozie należał do wschodzącej gwiazdy brytyjskiej sceny jazzowej, Jasmine Myra i jej oktetu. Myra zaprezentowała kompozycje z nadchodzącej płyty „Where Lights Settles” oraz swojego debiutu „Horizons”. Myra podkreślała rolę izolacji i pandemii w procesie powstawania jej muzyki. Właściwie pandemia zrodziła jej muzykę. Muzyka była odpowiedzią. Wystarczy prześledzić tytuły „The New Beginning”, „The Promise”, Awakeninig”, „Morningtide”.
To dzieła bardzo narracyjne, harmonijne (kompozycje, równoległe frazy saksofonów i fletów), wręcz medytacyjne (w czym zdecydowanie pomaga obecność harfy w instrumentarium), z ducha celtyckie. Tym razem to duchy z celtyckiej gleby i mgły.
Trzeci swój koncert tegorocznego programu w Sali 211, która stała się zarazem studiem nagrań, rozpoczął RGG w asyście Tomasza Dąbrowskiego, Pauli Lyytinen i Adama Pierończykiem, zastępującego Lenę Willemark. City of Gardens Special Editon to już trzeci volumen tego projektu. To był chyba najbardziej energiczny, free jazzowy koncert spośród wszystkich występów na festiwalu. Utwory zniuansowane, raz zawrotne tempo i free style, innym razem frazy wręcz melodyjne, narracyjne, rozgrzewające solówki i wspólnotowo odgrywane tematy zazwyczaj zamykające kompozycje. Te ostatnie brzmiały jakoś oficjalnie i orkiestrowo, z „południowym akcentem” (Toskania? Sycylia?). W pewnym sensie ten materiał przypomniał mi inny, dużo wcześniejszy koncert Jazz Art Festiwalu, Block Ice&Propane Erika Friedlandera (zwłaszcza, oczywiste dla tego wspomnienia partie kontrabasowe). Muzyczny „dokument” z podróży po kontynencie – ale i przez warstwy czasu. Być może go jazzy oznacza również podróż, wędrówkę dosłownie fizyczną, w jedynych nam dostępnych wymiarach. Dlatego wszystkie nasze doświadczenia mogą się spotkać i porozumieć. A przynajmniej mogą spróbować.

Planet Lem/ Katowice JazzArt Festival 2026, fot. Dawid Chalimoniuk

Hoshii/ Katowice JazzArt Festival, fot. Dawid Chalimoniuk

Joe Armon - Jones / Katowice JazzArt Festival, fot. Dawid Chalimoniuk

RGG i Goście/ Katowice JazzArt Festival, fot. Dawid Chalimoniuk

Jasmine Myra/ Katowice JazzArt Festival, fot. Dawid Chalimoniuk















