Szumy, ciągi, zlepy. Niech żyją sny.
Niecodziennie zdarza się, żebyśmy na Ścianie Sztuki Dziecka gościli dwie wystawy. O ile pamiętam, pojawiły się niemal równocześnie, ale nie będą trwać tak samo długo. Precyzyjniej mówiąc, „Drogę przez sen” oglądać możemy do końca stycznia. Na „Sny, Cienie, Maski” z cyklu „Granice i Przestrzenie” mamy miesiąc więcej. Warto się pospieszyć, bo ekspozycje – do czego zdążyła już nas przyzwyczaić ich kuratorka, Ewa Kokot – są na wysokim poziomie, zróżnicowane jako obiekty, formy, idee oraz w obrębie użytych środków i strategii.
Ściana Sztuki Dziecka, gwoli przypomnienia, powstała a w zasadzie wyewoluowała z Pokoju Sztuki Dziecka, małej galerii dziecięcej a zarazem pracowni i przestrzeni relaksu, założonej w 2016 roku. To nie miał by sztywny, jednorazowy twór, ale miejsce otwarte na innowacyjne realizacje tworzone przez dzieci wraz z dorosłymi projektantami i artystami.
Pokój z czasem i na drodze tej ewolucji przeniósł się piętro niżej do otwartej przestrzeni, idee pozostały te same.
Obie wystawy łączy oczywiście zjawisko snu, ale inne są źródła i reprezentacje. U podstaw „Snów, cieni, masek” tkwi to, co w jakimś sensie wyróżniało surrealizm spośród współczesnych mu prądów artystycznych i intelektualnych. Teatralność i demaskacja. Dlatego mottem stał się tu cytat z Manifestu Surrealizmu „Maska skrywa, to co ukryte, by ujawnić to, co niewidoczne”. Świetnie z nim współpracuje myśl z „Małego Księcia” Sant-Exupery’ego: To co ukryte, jest najbardziej widoczne dla oczu.
Mamy tu dwa pokazy masek (te kolażowe, liczniej reprezentowane, są inspirowane twórczością Zygmunta Stuchlika; dominującym elementem, które je spaja, są oczywiście oczy-kolaże, „przerysowane”, patetyczne, oczy glamour, czysto dekoracyjne. Ten element wskazuje na istotne przesunięcie semantyczne, jakie dokonało się we współczesności od czasów realizmu i surrealizmu. Oto bowiem to, co niegdyś uważano za „zwierciadło duszy”, jedyny element prawdziwy w konstrukcji złożonej z pozorów, masek podzieliło los samej maski, stało się przedmiotem bez wyrazu, produkowanym taśmowo, replikowanym bez umiaru. To już nie oko, które widzi wg Mana Raya (miał się tak wyrazić o oku Rene Magritte’a), to żaden „portal” miedzy subiektywnym ja a światem zewnętrznym. To znak, który nigdzie nie prowadzi.
Maska oczywiście nie jest wynalazkiem współczesności, to rekwizyt stary jak sama cywilizacja, niemal zawsze służyła ona rytuałom (teatr, można powiedzieć, jest ewolucyjną konsekwencją dawnych rytuałów plemiennych i magicznych). Kolejne prace na wystawie korespondują właśnie z ludowymi (rdzennymi, natywnymi przedstawieniami), to trochę łapacze snów, trochę wizualizacje rodem z senników i bestiariów – wszystkie jakoś się ze sobą łączą, przenikają – jakby sen na przestrzeni dziejów był jednym naczyniem i krążącym w nim fluidem, który łączy wszystkich śniących (na jawie i we śnie).
Na „Sny, cienie, maski” składają się również prace malarskie na papierze wielkoformatowym, ułożone cyklami, które organizuje dominanta kolorystyczna (konkretne zestawienie) czasem motywy figuralne – albo jedno i drugie. Łączy je znów oniryczność jako źródło oraz rekwizyty związane ze snem i wyobrażeniami snu. To prace o dużej dynamice, rozpięte gdzieś między abstrakcją, a sztuką przedstawiającą, ekspresyjne i awangardowe (co bardziej dociekliwi odnajdą w nich nici łączące z Witkacym czy Strzemińskim).
Wystawa „Droga przez sen” – znacznie skromniejsza – to dziewięć prac, raczej niewielkiego formatu, zrealizowanych przez osiem młodych artystek (Barbara Wiktorowicz jest autorką dwóch, stąd różnica).
Ekspozycja – czytamy w materiałach promocyjnych – ujawnia kompozycję, w której pojedyncze prace układają się w formę otwartego, wielogłosowego zapisu snu. Zawieszone na liniach niczym delikatna konstrukcja myśli, tworzą strukturę balansującą pomiędzy porządkiem a przypadkiem, co potęguje wrażenie efemeryczności i subtelnego ruchu.
Powiem szczerze, nie przekonuje mnie konstrukcja, która łączy i wiąże ze sobą przedstawienia, ani merytorycznie ani wizualnie. Same prace są jak najbardziej interesujące i można je potraktować jako wizualny utwór na wiele głosów, wielogatunkowy. Znajdziemy tu zatem i miniatury tworzone w programie graficznym, odbitki zdjęć, formy przestrzenne (świetna, uwspółcześniona wersja Wenus z Willendorfu), prace malarskie, kolaż, gwasz – o ile prawidłowo odczytuję „Pommes de terre en terre”. W znakomitej większości są to dzieła przedstawiające, figuratywne, raczej oparte na pracy walorem i chromatyką (wyjątkiem są wspomniane wyżej dwie lawowane abstrakcje Wiktorowicz). Możemy je oczywiście potraktować jako punkty styczne jakiegoś wyższego porządku (onirycznego – wszak zasugerowany jest on w tytule wystawy) albo jako dzieła zupełnie przypadkowe i przypadkowo rozmieszczone względem siebie. Logika wyboru i strategie zależą wyłącznie od pozycji i kompetencji obserwatora.















