Wewnątrz mitu

Spektakl "Czarny ogród" wg. Małgorzaty Szejnert w Teatrze Śląskim

Porywać się na dzieło tak astronomiczne, pomyślałem, kiedy dotarły do mnie pierwsze wieści o inscenizacji „Czarnego ogrodu” Małgorzaty Szejnert, byłoby szaleństwem. Nie tylko rozmiar i rozmach książki miałem na uwadze, ale przede wszystkim formę. Gatunek. Szejnert napisała reportaż, Jacek Głomb postanowił z tego zrobić spektakl. Mógł, rzecz jasna, przybliżyć się do formuły jeden do jeden i przebić w tym względzie bernhardowskie maratony Krystiana Lupy, ale tego nikt by nie wytrzymał. Mógł zaangażować gościnnie kilka zespołów, ale scena Teatru Śląskiego by ich nie pomieściła. „Czarny ogród” to kosmos, i z tego kosmosu należało wyciąć jakiś jeden układ słoneczny – kilka planet i czarne słońce. Nie to słońce od melancholii Kristevej, ale od „czarnego złota”. Ale przede wszystkim trzeba było podjąć ryzyko „przekładu” reportażu na formę sceniczną. Czymże byłby teatr bez ryzyka? Jerzy Nowosielski o malarstwie swoich poprzedników z Akademii zwykł mówić „kto się boi namalować zły obraz, ten nikt nie namaluje obrazu dobrego”.

No więc powstał niespełna trzygodzinny spektakl przedzielony jednym antraktem, spektakl na trzydziestu trzech aktorów – ale w efekcie raczej kameralny przy zastosowaniu tej samej co u Szejnert metody kadrowania, pomieścić miał ponad wiek historii „Miasta Ogrodów”, choć w zasadzie – dzięki zabiegom narracyjnym (ucieczka z raju staje się początkiem opowieści) – czas okazał się rzeczą dość względną. Spodobał mi się scenograficzny minimalizm. Bo w zasadzie prócz kilku stałych elementów - dwóch drabin, karuzeli (scena obrotowa) i szybu-grobu kopalnianego, do którego zostało wykorzystane podscenium – jak sądzę nie tylko dla podkreślenia symboliki, ale również po to, żeby zwrócić uwagę na rzeczywistość równoległą, nie ewokowaną bezpośrednio na scenie (to tu rodzą się śląskie bery i legendy, tu kształtuje się niezłomny charakter i etos) - pojawia się tylko rower i ruchome urządzenie wielofunkcyjne niczym szwajcarski scyzoryk. W jednej scenie jest ławką, w innej szpitalnym łóżkiem, raz szezlongiem, raz trumną albo fotelem fryzjera. O ile karuzela jest przestrzenią dla tego, co publiczne, ten przenośny rekwizyt, owo teatromobile, przerzuca nas do sfery prywatnej i intymnej. Bo o wartości spektaklu Jacka Głomba stanowi właśnie kontrast. Między tragicznym a komediowym, historycznym i metafizycznym, prywatnym i publicznym. Jakby chciał reżyser za wielkim demiurgiem teatru awangardowego, Tadeuszem Kantorem, powiedzieć: „w każdej chwili naszego życia mamy do czynienia z jednoczesnością tego co jest farsą i dramatem”. I rzeczywiście, nie wiem jak Państwo, ale ja miałem wrażenie, jakbym oglądał nie polską sztukę teatralną, ale czeski film. Takiego Zelenkę albo Sveraka z elementami wczesnego Kolskiego. Lekkość z jaką opowiada się w „Czarnym ogrodzie” o trudnych losach, życzliwość w stosunku do swoich bohaterów zaplątanych w wielkie i małe historie, brak jakiejś natarczywej dydaktyki – to wszystko są ewidentne plusy spektaklu. Ale prawdą jest również, że niczego nowego się o Śląsku i Ślązakach ze spektaklu Głomba nie dowiedziałem. Reżyser najwyraźniej nie miał zamiaru albo po prostu nie mógł odczytać krytycznie opowieści Szejnert. Pomysł narracyjny jest zapewne bardzo czytelny, ale i anachroniczny – w XXI wieku od twórców teatralnych zajmujących się Śląskiem oczekuję więcej niż konstruowania narracji z wnętrza mitu. 

Radosław Kobierski

Czerwiec 2018


Powrót