Smooth Paradise, Warstwy Cuefxów, Hauschka Fabrik

4. Katowice JazzArt Festival 2015

Kiedy się słucha tego smoothjazzu, ledwie wykraczającego powyżej 100 BMP, tych kilku instrumentów, które wykorzystywane są w jakimś znikomym potencjale, które sobie nie wadzą, wręcz przeciwnie - wchodzą w jak najdonioślejsze relacje między sobą (chociaż dysonans, jak wiadomo, też jest relacją – tylko szczególnego rodzaju), i do tego dodamy głos Stacey Kent, jej absolutnie idealną dykcję, pietyzm z jakim kończy każdą frazę (jakby ją zaiste kosztowała), stan jakiejś organicznej harmonii muzycznej i międzyludzkiej, którą dyskretnie koryguje Stacey – Jim Tomlinson, saksofonista, flecista, gitarzysta, mąż i autor w jednym – to ma się wrażenie, jakby nic złego (prócz związków między kobietą i mężczyzną, które czasem się kończą) nigdy tej ziemi się nie przytrafiło. Żadna wojna, katastrofa lotnicza, masakra ludności cywilnej czy epidemia po prostu nie miały miejsca.

Co robi człowiek taki, jak ja na koncercie takim, jak ten? Ano, organicznie nie wierzy. Oczom, uszom i czym tam można jeszcze nie wierzyć. Wietrzy w tej czystej harmonii dźwięków, obcych języków, w tym uduchowieniu, z którym równać może się tylko Hesperion XXI Jordi’ego Savalla jakiś szwindel, jakąś ukrytą represję. Moje zapewne skrzywienie, moja wielka wina, ale nic na to nie poradzę. Wiem, że zaraz po koncercie muszę wyjść w ciemne miasto, w dogasający gwar uliczny, modlić się do rozrusznika, żeby tym razem zaskoczył, muszę użerać się z niekończącym się przeziębieniem, a po powrocie do domu wysłuchać matczynej litanii katastrof, które właśnie nawiedziły nasz cywilizowany świat.

Zdecydowanie bliżej mi jest do Cuefx. Cieszy mnie nie tylko to, że kręcą klipy blisko mojego domu i łażą po dachach kamienic w Kato (sam to robię od czasu do czasu dla higieny równowagi), ale sam projekt muzyczny, świetnie zgrana elektronika z akustycznym brzmieniem saksofonu Olka Papierza i gitary Roberta Zająca, i odlatującymi gdzieś w przestrzeń wokalizami Agi Twardoch, łączenie stylów i gatunków. Słowem – pełen muzyczny pluralizm. Plus klubowy klimat, który nie jest wyłącznie zasługą przestrzeni Old Timers Garage. Fakt, na gitarę może zbyt wiele miejsca nie było, za to saksofon zyskał sporo miejsca (dzięki temu mogliśmy usłyszeć kilka niezłych pasaży opartych na asonansie, sporo noisu). Nie da się jednak ukryć, że siła Cuefx tkwi w wyszkolonym wokalu Agi Twardoch, w jej pomysłowości/improwizacji. Bo to jest chyba tak, że Cuefx zbudowany jest z warstw. Najpierw jest wokal i saksofon (saks lekko z tyłu, ale prawie dźwięk w dźwięk), potem elektronika, mimo że fizycznie w jednej linii z gitarą. Kwestia priorytetów po prostu. No i oni wszyscy współbrzmią ze sobą, ale i jakby pomimo siebie. Wokal nadaje tej muzyce charakter, niuansuje ją, ale jest również wobec niej – żeby tak rzec – autonomiczny. W ogóle miałem wrażenie, jakby muzycy dopiero się tu, na tej scenie Old Timers Garage poznali i ćwiczyli ze sobą na pierwszej próbie, co wcale nie oznacza, że im to źle wychodziło. Tylko tyle, że taka impresyjna, pofragmentowana struktura wypowiedzi im po prostu odpowiada.

Trzeci wieczór zaczął się w stosunku do dwóch poprzednich zgoła inaczej. Raz, że przestrzeń – już nie teatralna czy klubowa ale sakralna, a w zasadzie postsakralna, dwa – że zamiast zespołu jeden instrumentalista, pianista i jego spreparowany fortepian, wreszcie trzy – zupełnie inny obszar muzycznych poszukiwań i dociekań. Hauschka porównywany jest podobno do Cage’a i Feldmana, ale chyba bliżej mu do Keitha Jarreta – zwłaszcza jeśli rozebrać jego spreparowaną Yamahę do gołych strun i młoteczków. Próbowałem zresztą to robić – oddzielać rytm produkowany przez tamburyn, czy piłki ping-pongowe i matową, „zaburzoną” barwę dźwięku generowaną przez taśmy klejące „mejd in czajna” i cały zespół gadżetów, którego nie powstydziłby się parapet ks. Twardowskiego – dla czystej przyjemności eksperymentu, i wychodziło mi, że same kompozycje są w sumie proste i przewidywalne (jak na moje wysłuchane ucho); normalnie nic tu nie byłoby w stanie mnie zaskoczyć. Ale jednak fakt spreparowania dźwięku, dyskretnego wykorzystania elektroniki wszystko zmieniał. Hauschka wykorzystywał każdą możliwość zróżnicowania dźwięku i rytmu, bawił się echem (pogłosem), włączał w kompozycje nawet przestrzeń „pozafortepianową”, i te działania miały sens i swój porządek. Jeśli do tego dodać element wizualny – bo cały czas dzięki rejestracji wideo miałem wgląd w muzyczny organizm, w system jego pracy; Yamaha zaiste przypominała jakąś fabrykę z lotu ptaka albo przekrój silnika z długim rzędem pracujących tłoków –musiałem przyznać, że byłem pod wrażeniem. Pamiętam zresztą dwa momenty – dość rozciągnięte w czasie koncertowym – kiedy po 30 minutach preparacji zapragnąłem usłyszeć czysty, normalny ton instrumentu, a kiedy Hauschka to marzenie spełnił, wystarczyło tylko kilkanaście pierwszych akordów, żebym zatęsknił do pierwszych 30 minut. Tak też się stało. Uznałem, że mogę kontaktować się na odległość, a być może jestem również wyrazicielem cichej, niewyrażonej woli większości.

Radosław Kobierski

Kwiecień 2015

 

Stacey Kent, fot. R. Kaźmierczak

Stacey Kent, fot. R. Kaźmierczak

 

 

 

 

 

 

Stacey Kent, fot. R. Kaźmierczak

Stacey Kent, fot. R. Kaźmierczak

 

 

 

 

 

 

Cuefx, fot. R. Kaźmierczak

Cuefx, fot. R. Kaźmierczak

 

 

 

 

 

 

Hauschka, fot. R. Kaźmierczak

Hauschka, fot. R. Kaźmierczak

 

 

 

 

 

 

Hauschka, fot. R. Kaźmierczak

Hauschka, fot. R. Kaźmierczak

 

 

 

 

 

 

Hauschka, fot. R. Kaźmierczak

Hauschka, fot. R. Kaźmierczak

 

 

 

 

 

 

 


Powrót