Od powagi po autoironię

Płyta Górecki/Aukso

Szkoda mi, powiem szczerze, pierwotnej idei, żeby połączyć stare z nowym. Analogowe z cyfrowym. Winylowe z kompaktem. Ludzie wracają do gramofonów, gramofony wracają do ludzi, sam niedawno przeprosiłem się ze starym „Bernardem” Unitry, żeby wysłuchać Kilara, a później przypomnieć sobie magię końca lat 80., te wszystkie Bensony, Sojki, Manhattany Transfery, wczesne płyty The Police, które moja siostra przywoziła z tournée po Francji i Beneluksie. Żeby przeżyć coś na granicy hipsterskiego poczucia niezależności wobec terroru kompresji, coś legalnego a zarazem całkiem limitowanego. Ten „wydawniczy gest” miał jeszcze inne znaczenie. Kilar, ale przecież również Górecki, którego kompilację właśnie odsłuchuję, byli na wskroś współcześni, awangardowi (zgoda, Górecki nieco bardziej niż Kilar), ale przecież czerpali z bogatej semantycznie tradycji ludowej. Kompakt i ogólnodostępne mp3 umożliwiły im transfer ze sfery elitarnej do egalitarnej, ale zaczynali przecież nagrywać na winylu. Brakuje mi więc trochę w przypadku projektu płyty Góreckiego tamtego estetycznego i ideowego rozmachu. Pewnie zabrakło środków (bo projektant ten sam – Wojciech Kucharczyk, wydawca również - PWM), a może po prostu nic dwa razy się nie zdarza. I tak też jest (musi być) dobrze.

Zmiany dotyczą również samego materiału muzycznego, bo też Góreckiego dostajemy właśnie w chronologicznej kompilacji, od utworu, którego pierwsza wersja powstała dwa lata przed „Epitafium” zaprezentowanym na Warszawskiej Jesieni w 1958 roku, czyli Pieśni o radości i rytmie, po Małe requiem dla pewnej polki z 1993 roku. Autor III Symfonii pisał jeszcze kilkanaście lat po „requiem”, to prawda, ale kolejne utwory nie zdobyły takiej popularności jak Koncert na klawesyn i orkiestrę smyczkową i Trzy utwory w dawnym stylu. Z kolei Quasi una fantasia op. 64, III kwartet smyczkowy czy IV Symfonia zwyczajnie są za długie, żeby zmieściły się na płycie.

A więc jest chronologicznie i kameralnie. Można po prostu uznać, że jest to efekt ograniczeń i kompromisu, tyle że w przypadku Góreckiego kameralność jest pojęciem niejasnym. Owszem, kompozytor pisał utwory na duety, kwartety (najsłynniejszy z nich – Kronos Quartet) i nieco większy skład instrumentalny, ale już materia muzyczna – takie zawsze miałem wrażenie – niemal zawsze wykraczała pora ramy „gatunku”, rozsadzała ową kameralną formę. Górecki pisał z rozmachem, komponował z ekstrawersją, artykułował z namiętnością, stosował „brutalne repetycje”, ale przecież potrafił równie dobrze fakturę muzyczną rozrzedzać do kilku akordów, do wyraźnej linii melodycznej, unikać dysonansów (których wciąż nie znosi niewykształcone ucho) i to wszystko czasem w obrębie jednego utworu! Dla mnie utwory kameralne Góreckiego niemal zawsze brzmiały jak wielkie symfonie. I odwrotnie – tam gdzie mógłbym spodziewać się wielkiej, monumentalnej formy – często odnajdywałem kameralność. Wyciszenie. Subtelność. Mój Boże, niechaj zabrzmi to słowo – chillout. Niech więc nas może nie zwiedzie fakt, że mamy tu do czynienia z najbardziej „popularnym” i najbardziej ogranym Góreckim, bo przecież w tych czterech utworach jest cała esencja muzyczna Góreckiego – od galopującego tempa po ascetyczność, od dysonansu po czystość, i od powagi po autoironię. 

Radosław Kobierski

Marzec 2015

 


Powrót