Mały jubileusz na 150-lecie

6. numer KTW

KTW w zasadzie czytam od początku. I czytał będę do końca, który kiedyż zapewne nastąpi, choć dalibóg, wolałbym, żeby nastąpiło to później niż wcześniej. Pamiętam, że Marek Zieliński opowiadał mi o tym projekcie. Zanim jeszcze się zmaterializował. Była propozycja, żebym brał w nim udział. Nie wiem, czy zbagatelizowałem sprawę, czy też propozycja Marka nie była zobowiązująca. Możliwe, że jedno i drugie. W każdym razie zostałem czytelnikiem. Dość wiernym, a w zasadzie absolutnie wiernym, bo KTW wolę od Śląska, a więcej pism sensownych o Śląsku niż Śląsk i KTW nie ma. Może kiedyś powstaną, ale póki co nie ma.

Nie wiem do końca na czym polega wyższość KTW. Bardzo możliwe, że chodzi tu o pewien dystans, świeżość spojrzenia z zewnątrz, o inny target, typografię pisma, nacisk na to, co dzieje się w sztuce współczesnej, bo KTW jest i chce być pismem nowoczesnym, co nie znaczy oczywiście, że całkiem zrywa z tradycją i historią śląskiej przestrzeni.

Tak się składa, że najnowszy numer otwiera (w sensie piśmienniczym) jubileuszowy rok, jest jakąś słodką zapowiedzią wydarzeń, których będziemy świadkami w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy. A może i dłużej. 150 lat to jednocześnie dużo i mało, jak słusznie zauważa Mike Urbaniak we wstępniaku. Ludzie, który mogą pamiętać czasy plebiscytu, właśnie dochodzą setki. Albo i ją przekraczają. Ja przekroczyłem dość śmiało czterdziestkę i obraz mam na razie dwuwymiarowy. Z jednej strony szary, smętny, zasyfiony Śląsk lat 70. i 80., z drugiej obszar o niespotykanej dynamice, intensywności. Fluktujący, żywy, otwarty. Fakt – nie wszędzie tak jest. Katowice stają się nowoczesną metropolią, Chorzów, Siemianowice czy Bytom pozostają daleko w tyle.

Jadę baną przez Chorzów i widzę zahibernowane miasto. Do żywienia ewentualnej nostalgii na odległość w sam raz, do życia się nie nadaje. Jest więc, można powiedzieć, Śląsk oficjalny, Śląsk wystawiony w witrynie wystawowej, Śląsk na pokaz (w jak najlepszym wydaniu oczywiście) i Śląsk na bocznym torze. Wykluczony. Jakiś fragment owego wykluczenia opisują fotografie Wojtka Wilczyka i tekst Joanny Tokarskiej-Bakir. Obszar, o którym restrukturyzacja i polityka zapomniała pacyfikuje swoją mniejszościową agresywną narracją – większość. Tokarska-Bakir wpisuje to w kontekst szerszy, historyczny. Wilczyk dopowiada, że ową narrację w pewien sposób przyjęliśmy i uznaliśmy za naturalną. Bodajże pierwszą myślą, jaką pomyślałem, oglądając część tych zdjęć – jeszcze na fejsbuku – było to, że Wilczyk sfotografował oczywistość. Cóż w tym odkrywczego?, zastanawiałem się. No właśnie! Tak pomyśleć może tylko człowiek, który zaakceptował wojnę kibolsko-kibolską na murach swojego miasta, uznał ją za dość paskudny, ale konieczny element krajobrazu. To nie jest, oczywiście – jak napisałem wyżej – wyłącznie owoc transformacji ustrojowej, i nie dotyczy tylko i wyłącznie Śląska. W jakimś sensie odpowiedzi – choć bardzo pośredniej – możemy szukać w dwóch innych tekstach numeru – przedruku tekstu Ferdynanda Goetla z 1934 roku, który opisuje Katowice jako miejsce pełne dynamiki, wręcz agresywne. „Jeden przecież rzut oka, jeden haust powietrza, jedna fala hałasu złowiona przez ucho - mówi nam, że się tu żyje inaczej, jak w całej Polsce – bez litości!” - pisze autor „Samuela Zborowskiego”.

Z drugiej strony Jakub Socha w przekrojowym szkicu o kinie Kazimierza Kutza nie tylko opisuje jego zmagania ze „śląskością”(które jako żywo przypominają biblijną walkę Jakuba z aniołem) i warszawskim środowiskiem filmowym, które „temat śląski” uznało za wariactwo, ale co ważniejsze – zwraca uwagę na fakt podstawowy, nie do przecenienia – mianowicie charakter misyjny dzieła Kutza. „Chciałem obudzić sumienia, a w współziomkach wesprzeć ich zmarniałe poczucie wartości, przynieść im ulgę […] rozbudzić ich dumę, aby w końcu porzucili swoją oślą uległość i potulność, prowadzącą do zezwierzęcenia i nijakości”. Mam nieodparte wrażenie, że te pokłady „zmarniałego poczucia wartości” nie zostały skanalizowane w odpowiednim kierunku. I czasie. Za często oglądaliśmy się na innych. Jedynie my sami, tu, na Śląsku, tę wartość możemy sobie nadać. Nic z zewnątrz nie przyjdzie i nas nie wskrzesi.

Warto w tym nowym KTW zwrócić uwagę na resztę tekstów. Na znakomitą recenzję z „Umlautów” Tomasza Pietrzaka, „Girlaski, Broadway i Radiokomitet” – historia Teatru Rozrywki w Chorzowie (w pigułce), „Śląskie Las Vegas” Zofii Oslislo – wspomnienie o być może najbardziej rozświetlonym neonami mieście w PRL-u i szansach na reneonizację, krótki przegląd po sztuce współczesnej na Śląsku (m.in. o Natalii Bażowskiej i Michale Gayerze), szkic o Eugeniuszu Knapiku, wreszcie clue numeru – wywiad z autorem „Dracha” Szczepanem Twardochem. Jak zwykle nieco przewrotny, bez śladu patosu i prób mitologizowania. Tak jak jego powieść. Myślę, że można zaryzykować czytanie tekstu o Kutzu i wywiadu z Twardochem niejako równolegle. Być może znajdą państwo jakąś nić, która oba teksty (i spojrzenia) łączy.

Radosław Kobierski

Styczeń 2015

 


Powrót