Rip the specific square through the middle

Ars Independent Festival

Nigdy nie byłem fanem animacji. Nigdy nie byłem fanem komiksów, chociaż na polskiej animacji i na polskich Tytusach, Sowach, Thorgalach wyrastałem. Właśnie dzisiaj, po dwóch pierwszych setach w kinie studyjnym „Światowid”, próbowałem ten haniebny fakt pojąć, starałem się zrozumieć dlaczego nasze drogi się rozeszły i ile przez ten czas straciłem. Wszystko tak naprawdę zaczęło się równo rok temu, na tym samym festiwalu, nawet na tej samej ulicy co Światowid, na długim secie czeskiej animacji, który postanowiłem zobaczyć tylko pro forma – żeby o tym choć jednym zdaniem wspomnieć. No i zaskoczyło, tryby zaskoczyły, obiecałem sobie, że kolejną edycję Ars Independent potraktuję sprawiedliwiej – o ile program na to pozwoli – niechby nawet kosztem wydarzeń towarzyszących, kosztem mojego wzroku, który w normalnych warunkach wytrzymuje nie więcej niż pełnometrażową emisję w kinie.

Wcale się nie dziwię, ze decydenci festiwalowi mieli problem z wyceną filmowego materiału i po każdej emisji zapalali światło, żebyśmy mogli oddać swój głos (choose the appropriate mark & rip the specific square through the middle). Też miałem z tym kłopot. Co innego dwa pełne metraże, które można przemyśleć na szybkiej kawie w Starbucsie, co innego dwa sety po 9 animacji każdy. I dalej: na czym się tu sfokusować? Na inteligentnej ironii rodem z Tarantino? Wrażeniach wizualnych i estetycznych? Warsztacie? Stylu narracji? Dać się ponieść romantycznej nostalgii, czy też ją ostatecznie zakwestionować, wybierając właśnie ironię lub niedopowiedzenie? Zaufać pierwszej emocji i intuicji czy też oceniać raczej w kontekście? Nie ulega jednak dla mnie wątpliwości, że każdy zaprezentowanych filmów miał „to coś”, co dawało mu (w moich oczach) pierwszeństwo przed pozostałymi i najchętniej wszystkie bym (jakoś) nagrodził. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że „Carm” Jeffa Le Bars, „Castillo y El Armado” Pedro Harresa, kapitalny (w stylu Burtonowskim) „Drag me: an Urban music tale” Nikosa Kellisa, a przede wszystkim polskie akcenty na festiwalu – nagradzana już na festiwalach „Łaźnia” Tomka Duckiego, „Łakomstwa Endemita” Natalii Dziedzic, „Ziegenort” Tomka Popakula czy „Fongopolis” polsko-słowackiego duetu Kożuch-Orogvani zrobiły na mnie największe wrażenie. I myślę (mam nadzieje), że to oni, po pierwszym dniu zdecydowanie prowadzą w rankingu.

W konkursie głównym jest znacznie spokojniej, co nie znaczy, że mniej różnorodnie. Doceniam „Skuszonych” Mariano Bianco za 80 minut i 80 procent naturalności i realizmu, z jakim opowiada historię dwojga ludzi (nie muszą oni prowadzić luksusowego życia na jakimś argentyńskim wybrzeżu, żebym im pozazdrościł niemal wszystkiego; tego„niemal” nie odsłonię, żeby nie spojlerować filmu), „Hubę” Sasnalów -  za naturalizm, i to naturalizm radykalny – ciężar tego obrazu, opowiadającego o wykluczeniu, braku komunikacji, rozpadzie – w dodatku w przestrzeni mi osobiście bliskiej (Mościce, Tarnów), przeczy po prostu zasadzie grawitacji, doceniam wreszcie małą rewolucję w kinie węgierskim; po Istvanie Szabo, Marcie Meszaros i Bella Tarze naprawdę nie spodziewałem się na równinie węgierskiej „równinie ortodoksyjnej melancholii” takiej dawki inteligentnego humoru. I lekkości. Doprawdy Virag Zomboracz powinna swój drugi film oprzeć na kanwie wybitnej powieści Atilla Bartisa. „Spokój” sfilmowany przez Virag powinien roznieść całe Węgry.

 

Radosław Kobierski

Wrzesień 2014


Powrót