Święta wariatka Bittova

Koncert Ivy Bittovej na Festiwalu A Part

 

Pierwsza dama czeskiej awangardy bity muzyczne ma we krwi, ale i w nazwisku. Właściwie cała jest muzyką, co stało się dla mnie jasne, kiedy zobaczyłem ją na scenie. Dźwięk i ruch to jedno. Ciało rezonuje, wibruje, chciałoby się powiedzieć – „zbiera całą energię” z ruchu, a także z emocji, jakie ruch wywołuje. Wszystko po to, żeby przekazać ją w dźwięku. Nie ma dla muzyki innego źródła niż ciało. Powrót do korzeni muzyki to powrót do ekspresji ciała.

Czarno na białym, a raczej pastelowo na czerwonym tle kurtyny (zupełnie jak u Davida Lyncha) widać, dlaczego Iva Bittova została na festiwal A PART zaproszona. Od razu widać i słychać wszystkie powody.
Bez wątpienia pierwszą damą czeskiej awangardy jest Iva Bittova. Kto nie wierzył, miał okazję się przekonać w kinoteatrze Rialto. Kogo nie przekonał jej repertuar, zawsze mógł sięgnąć do historii muzyki. Do „Step Across the Border” Freda Fritha, a właściwie jednej ze ścieżek, którą autor Guitar Quartets wykorzystał na płycie i w filmie pod tym samym tytułem, do „Elidy” zagranej i wyśpiewanej z Bang on a Can, 44 utworów Bartoka na duet skrzypcowy (z Kellerovą), podwójnego albumu „Bílé Inferno” i „Čikori” (z Vaclavkiem), gdzie Bittova przechodzi samą siebie i moje pojęcie o skali możliwości wokalnych.
Justyna mówi, że ani Maria Peszek z Zetki czy Eremefu, ani Bittova z płyty „Mater”, której kiedyś słuchałem na okrągło, nie robią takiego wrażenia, jak na koncercie. Brzmiałoby to jak truizm, gdyby się zawsze sprawdzało. Są tacy jednak, którzy na koncertach tylko tracą. Koncert jest rzeczą bezlitosną dla miernot zwanych od pewnego czasu gwiazdami. Wystarczy jechać do Opola, żeby się przekonać. Mierna telewizja wspierająca swoim miernym autorytetem mierną polską muzykę.
Ale to nie jest przypadek Bittovej. Dlatego polskiej telewizji nie ma w kinoteatrze Rialto, nie ma jej wszędzie tam, gdzie oglądalność spada skokiem samobójczym, gdzie program równa się „podwyższona ranga ryzyka”. Taką sobie publiczność wychowali. A teraz na nią zwalają. Pies
na kanapie, właściciel na dywaniku.
To nie jest przypadek Bittovej, powtarzam, to przypadek zgoła odwrotny. Ani jednego fałszywego dźwięku, niewłaściwego gestu, niepotrzebnego ozdobnika, nawet pomimo improwizacji. Powiedziałbym więc, że jest bardzo blisko pełni, niebezpiecznie blisko stanu nasycenia. Mam świadomość, że dotykam samej istoty muzyki, istoty muzycznej wypowiedzi. Jest w tym i kunszt,
i spontaniczna energia, żywioł ziemi i tak mi bliska tradycja muzyki współczesnej.
W tym roku w słynnej wytwórni ECM (w której zapisała się również Meredith Monk czy Laurie Anderson) Iva Bittova wydała swój kolejny solowy album. Kajetan Prochyra z kolei napisał dla „Jazzarium”: „Wreszcie oficjalnie zajęła miejsce w panteonie «świętych wariatek» – miejsce, które należy jej się od dawna”. Otóż tak – święta wariatka. Jurodiwa współczesnej muzyki. Lepiej bym tego nie ujął. 

 

Radosław Kobierski


Powrót