Zagraj ze mną jeszcze raz (Intel Extreme Masters 2014)

Od niedawna żyją ludzie, którzy nie pamiętają świata, w którym nie było e-maili. A będzie ich coraz więcej.

Od niedawna żyją ludzie, którzy nie pamiętają świata, w którym nie było e-maili. A będzie ich coraz więcej. Kiedyś w końcu umrze ostatni naoczny świadek analogowej epistolografii, tak jak umierają ostatni świadkowie wojen, chociaż wątpię, żeby ten fakt stał się wydarzeniem. Ale może utrata fizycznego niemal kontaktu z listem, fakturą, deklaracją, pieniądzem, nauczycielem (z wyłączeniem udziału w prawdziwej rewolucji – tweety są bez porównania bezpieczniejsze), nie będzie tak bolesna jak transfer życia czy miłości w sferę wirtualną (por. „W Japonii odkryto nowe choroby psychiczne”)? Jest paradoksem, że w świecie, w którym Bóg umarł, zamiast hołdować jedynej, niepowtarzalnej szansie na egzystencję, bezprzykładnie, bezprecedensowo uciekamy na irrealność. A może odwrotnie – tylko irrealność pozostaje człowiekowi, który wygnał ze swojego serca wiarę (i nadzieję) w sens?

Schodzę już na ziemię. Do czego tego wstęp? Nie należało czasem zacząć inaczej? Mniej naiwnie? Na przykład nierozstrzygalnym pytaniem: „Co muszą wymyślić organizatorzy Katowickich Targów Książki, żeby mieć przynajmniej połowę publiczności w Spodku, ile przyszło na Intel Extreme Masters, nie wkładając w to miliona dolarów?”

Nie przychodzę nikogo nawracać. Żeby nie było. W gruncie rzeczy my, czytelnicy, ciężko pracujemy w tej samej materii – w fikcji. I uparcie obstajemy przy swojej wyższości, mimo że lektura książek czyni z nas biernych obserwatorów czyichś zmagań z materią literacką, podczas gdy to młode, szurnięte pokolenie Quake’a, LOL-a, Counter-Strike’a w swoim wirtualu uczestniczy aktywnie i twórczo. Podmiotowo. Oczywiście zawsze można zastrzec, że to dynamika iluzoryczna, a czytanie przynosi efekty długofalowe. Z drugiej strony rzecz biorąc, e-sport jest zjawiskiem na tyle młodym, że badanie jego skutków (poza terapią przypadków nałogowych) byłoby niemiarodajne. Dzisiaj po prostu nie można przewidzieć, czy wszelka e-aktywność ludzka nie wygeneruje w przyszłości jakiegoś nadgatunku zdolnego przeżyć w ekstremalnych warunkach (matrix), natomiast z góry można założyć, że w razie globalnego starcia cywilizacji książki zostaną spalone, a intelektualiści – jak zawsze bywało – pójdą w ten pierwszy ogień.  

Więc tak: preferuję kontakt z materią, z realnym; być może to kwestia wieku (po czterdziestce po prostu nie wypada nie szanować czasu), może chodzi o poczucie bezpieczeństwa (chociaż jako żywo streaming daje większe gwarancje na przeżycie rozgrywki e-sportowej niż kibicowanie na stadionie, łatwiej również o bezpieczny, długoletni związek z e-kobietą w Nintendo Love+ niż w realu), niemniej fenomen wirtualizacji fascynuje mnie od dawna. Bo czy w ostateczności fikcja, a w szczególności gra komputerowa – zadajmy sobie wreszcie to pytanie – nie generuje przestrzeni rzeczywistej? Nie wytwarza rzetelnego faktu? Cosplay jest już niemal zjawiskiem pokoleniowym (czymś w rodzaju awangardowego, powszechnego spektaklu?), widownia IEM przeżywa prawdziwe emocje, to samo dotyczy komentatorów rywalizacji  – „Fnatic stawiało godny pochwały opór przez dwie pierwsze gry (niejednokrotnie przechylając szalę zwycięstwa na swoją stronę). Niestety, inSec pełniący funkcję junglera KT Bullets nie dał Fnatikom chwili wytchnienia – najpierw masakrując ich Kha’zixem, by dokończyć dzieła swoim legendarnym Lee Sinem.” Wow! Co jeszcze? Wymiar wspólnotowy? Agresywny wpływ na współczesny język? Realne nagrody (chociaż wypłacane dolarami, nie w bitcoinach?)

 

Radosław Kobierski

 


Powrót