Naiwni wcale nie tacy niewinni

Art Naif Festival w Galerii Szyb Wilson

 

Dzień I

Zawsze marzyłem, żeby żyć z pisania. Jak ci hemingwayowscy bohaterowie, lost generation, dziennikarze
i twardziele w jednym, którzy włóczyli się po Biarritz i Bayonne, pili rioję
z bukłaków, a potem na kacu, aż do sjesty męczyli swoje felietony do amerykańskich gazet. Mam, czego chciałem. Mam trochę Hiszpanii, Burkina Faso, szczyptę Italii, Francję
i nadreprezentację Argentyny. Magdę Navarette wyśpiewującą „Liber tango” według Astora Piazzoli (kto nie słuchał tang Piazzoli, ten nie zrozumie Argentyny, a kto nie słuchał bandoneonu Piazzoli, który łapie wszystkie rejestry, od miłości do występku, ten zaprawdę nie zna Argentyny). I jest parno w Szybie Wilson. A ja piszę na gorąco, krótkimi seriami jak depeszę dla „New York Timesa”.

Już pierwszego dnia wiem, że do galerii trzeba będzie wrócić, uniknąć tłumu i fleszy, pokruszonych bajgli na posadce, zapachu potu i perfum, kolejek po kawę i kakofonii głosów i muzyki. Sztuka, nawet jeśli naiwna (wiem, zabrzmi to trywialnie), wymaga skupienia. To rozmowa na osobności.

Tu wkracza język polski, który niestety jest wybitnie uzdolniony w degradacji. Jakkolwiek nazywaliśmy twórców nieprofesjonalnych (pyszny eufemizm, politycznie poprawny) , zawsze było źle. „Ludowi” – działało tylko w PRL-u i razem z PRL-em umarło. Potem było jeszcze gorzej. Prymitywiści? Naiwni? Naprawdę nie można było inaczej? Prymitywny był Nikifor. Ba, nawet Utrillo, Rousseau, Modigliani. Dostało się także Jerzemu Nowosielskiemu, chociaż akurat Nowosielski uznał to za komplement. Aleksander Jackowski, niekwestionowany autorytet w dziedzinie polskiej sztuki ludowej, musiał znaleźć jakiś kompromis i to on jako pierwszy, o ile dobrze pamiętam, wprowadził termin „sztuka naiwna”.

Notuję zatem pierwsze wrażenie. Chaos, żadnego planu, totalne „po witkacowsku” wymieszanie panuje w Wilsonie. Wiele polskich czy z polska brzmiących nazwisk reprezentujących inne kraje.
I odwrotnie. Efekt globalizacji? Umowy z Schengen? Wybieram jakiś kierunek i zaczynam od antresoli, gdzie panuje przynajmniej ruch w miarę jednostronny, kolizje rzadkie, stłuczek w ogóle. Drugie, trzecie wrażenie nie występuje z powodu pierwszego. Może poza uczuciem przesytu, niemożnością systematyzacji.

Zawsze marzyłem, żeby zarabiać z pisania. Jestem korespondentem, felietonistą, liczy się moja wierszówka, w ten sposób zarabiam na życie.

Dzień II

Wiktor Chrzanowski wystawiał swoje prace na festiwalu Art Naif trzykrotnie. W ubiegłym roku, będąc już poważnie chory, po raz ostatni. Jeden z nielicznych malarzy, którzy w tym kraju otrzymali Nagrodę im. Oskara Kolberga. O sztuce ludowej rozmawialiśmy przez lata. Zaraził mnie nie tylko „ludowym bakcylem”, ale i – w pewien sposób – swoim radykalizmem. Sam wobec swoich prac bezwzględny i krytyczny, bezwzględny i krytyczny był wobec całej „ludowej masówki”, jak to był określał, taśmowej produkcji, bez charakteru i stylu, która wdarła się ze swoją tandetną narracją do świadomości odbiorców. Signum temporis? Nie jest to jedyna dziedzina sztuki, którą opanowała globalizacja. W naturze nie ma miejsc pustych. Mecenat PRL-owski się skończył. Cepelie wymarły razem z twórcami, a te które zostały, są symbolami złego gustu. Wiktor zawsze powtarzał,
że „prawdziwa ludowość nigdy nie jest wykształcona”. Dzisiaj ludowość się stylizuje albo jej wcale nie ma. Znaleźć dzieło naprawdę „naturszczykowskie”, które nie będzie kicze, czyli ambicją doszlusowania do „sztuki wysokiej”, ale też zawierające ową oddolną – rzec by można nawet – „pogańską” siłę jest szalenie trudno. Nawet malarstwo Chrzanowskiego takie nie było. Może trzeba jechać do Brusów, do Józefa Chełmowskiego, który dla malarstwa ludowego zrobił niemal tyle, ile Bruno Schulz dla literatury? Albo stanąć przy trzech obrazach Władysława Matlęgi czy rzeźbach Dionizego Purty…

Mówiłem, że będzie radykalnie. Ostrzegałem. Naiwnych w „Szybie Wilson” warto zobaczyć, co do tego nie mam wątpliwości. Warto doświadczyć tej czystej harmonii barw Nowego Świata, hedonistycznej jak chilijskie Syrah. Odpolitycznionej i odteologizowanej. Błękitną arytmetykę ulic Joop Plasmeijer. Kubańskiego Gauguina – Gonzaleza Pereza. Sanae Kushibiki, „Kąpiącą się” Jarosława Kassnera. Czerwoną abstrakcję geometryczną Andresa Stierglitza. Ale zdajmy sobie też sprawę, że ludowość – tę żywotną, pulsującą siłą, naiwność niewystylizowaną, naiwność niewinną, znajdziemy już tylko w muzeach etnograficznych.

 

Radosław Kobierski


Powrót