Szkice, listy i zdjęcia z polaroida (Warsztaty w ramach Ambasady Młodych)

Tym razem nie będzie nic spektakularnego

Tym razem nie będzie nic spektakularnego. Nic dziwnego, mamy bowiem listopad, miesiąc nieuleczalny. Za oknami obrazy w sepiach, wilgoć, napady zmroku. Materia jest jakby gęstsza od pyłu zawieszonego, ludzie na ulicach w opłakanym stanie. Tradycyjnie w listopadzie Ogrody w cieniu festiwalu Ars Cameralis, nietradycyjnie w tym roku okrojonego, zgodnie ze skrajnie populistyczną wizją kultury, która powinna sama na siebie zarobić. Kultura, nie wizja. Oczywiście nie dotyczy to wszelkiej tandety, która w tym kraju najwięcej kosztuje. I ciągle znajdują się na to pieniądze.

Zderzenia Literackie mamy już za sobą, wybrzmiał ich ostatni, ukraiński akord w środę na scenie Malarni. Za nami wystawa Sławomira Elsnera w Rondzie Sztuki i koncert Sergeya Krylova z Aukso. Między innymi. Wystawa MiastoLab przeszła mi koło nosa, bo jako felietonista Miasta Ogrodów wyjątkowo spiskowałem z Ars Cameralis w Hipnozie; w jej miejsce szybko wskoczyła ekspozycja EN/OF Editions, dzisiejszym wernisażem rozpoczęta. Bez szału, powiem szczerze, ale wydarzenie warte osobnego tekstu.

Listopad, krótko mówiąc, był i jest miesiącem warsztatów, zorganizowanych przez Ambasadę Młodych, działań systematycznych, rozpisanych nie na jeden raz, ale cyklicznie, jak się rzekło. Przełamać się też musiałem, bo sceny wydarzeń raczej kameralne, w zamkniętym gronie, a rola obserwatora niewdzięczna, zwłaszcza kiedy sam w warsztatach czynnego nie bierze udziału. Od razu próbowałem też znaleźć jakiś punkty styczne trzech wydarzeń, syntetyzować wrażenia - taki zamierzchły, recenzencki nawyk mi pozostał. Oczywiście tym, co łączyło spotkanie z Jolantą Szczucką zorganizowane w Domu Oświatowym wokół epistolografii i kaligrafii, warsztaty polaroidowe i ćwiczenia z rysunku były – w nierównym jednak stopniu – zdjęcia. Fotografia jako medium. Jedni – a właściwie jedne, bo facetów całkiem zabrakło na „Polaroidzie” – odwoływali się do fotografii (natychmiastowej) wprost, inni wykorzystywali hit ostatniej półdekady – lomofotografię do kaligraficznego opisu, adepci rysunku pod okiem małżeńskiego tandemu z krakowskiej ASP używali telefonów komórkowych do kadrowania obiektów – komponowania przyszłych studiów martwej natury. Druga sprawa to zaangażowanie. O ile oczywiście uczestnicy „Polaroida” i warsztatów rysunku stanowiły szczepy wyselekcjonowane z miejskiej acedii, o tyle klasa szkolna wybrana na chybił trafił do sztuki pisania listów gwarantowała jednak spektakularną katastrofę. Sami spróbujcie klasowy żywioł zainteresować listami Stempowskiego do Giedroyca! Niechby nawet ciężkim tomem epistoł Iwaszkiewicza do córek. Spróbujcie wyjść z twarzą, kiedy na wasze zapytanie o znajomość Witkacego, grupa młodych ludzie odpowiada nietwierdząco i jest to raczej powód do dumy niż zażenowania. Nakłońcie tę niedojrzałą formę, składająca się z dwudziestu par pensjonarskich łydek do odegrania dramy na podstawie wiersza Herberta! Techniki negocjacji uwagi bywają różne – polaroid, a zwłaszcza transfer polaroidowy (jego efekty) obroni się sam, zdegustowanego brakiem efektów rysownika zmotywować trudniej, chociaż Markowi Wiatrowskiemu i ta sztuka się udała, wmówić jednak grupie licealistów, że warto pisać „świadomie”, starannie (ponieważ to język i pismo jako szczególna jego forma kształtuje nasze relacje z innymi; przebudowa naszego stosunku do języka, pisała Julia Fiedorczuk o Laurze Riding Jackson, musi doprowadzić do przebudowy świata w ogóle), że warto w ogóle pisać (listy w szczególności) zamiast udawać pisanie na klawiaturze qwerty, wydaje się zadaniem nie tyle heroicznym, co wręcz niemożliwym. Rewolucji w epistolografii – owego nawrotu romantycznej choroby - nie przewiduję, sam rysunek w sztuce współczesnej pełni raczej funkcję rudymentarną, jest w zaniku, w odwrocie. Jednak chyba warto wracać do ginących form komunikacji. W minionych formach – o czym przekonuje recykling i sztuka designu – tkwią niewyczerpane źródła energii. 


Powrót