Zdjęcie pudełka po karuzeli Kodaka ( wystawa VOM Photo w Katowicach)

Szczerze powiedziawszy, mam niejeden kłopot z wystawą VOM Photo

Szczerze powiedziawszy, mam niejeden kłopot z wystawą VOM Photo. Celem wyjaśnienia i w telegraficznym skrócie: niniejsza ekspozycja (Galeria Miasta Ogrodów) prezentuje prace kilkunastu twórców, w większości pochodzących z Niemiec, których łączą pytania o kondycję współczesnej fotografii, krytyczny stosunek do mainstreamowych form „istnienia czy przejawiania się” obrazu, jego celowości oraz twórcze eksperymenty wykorzystujące fotografię czy też proces fotograficzny jako punkt wyjścia do refleksji.

Mój kłopot, żeby nie powiedzieć „obiektywny kłopot”, z wystawą, polega na tym, że jako fotograf (który nie waha się eksperymentować, lub inaczej: nie pozostaje całkiem bezkrytyczny), znajduję się w grupie odbiorców niejako „zaprojektowanych” przez kuratorów wystawy. I do końca nie wiem, czy winno mi to ułatwić sprawę czy też stanowi obciążenie?

Z jednej strony mam już pewne nawyki, a wiek średni coraz mniej sprzyja zachowaniu elastyczności. Mam swoje nawyki, może nawet własny styl, własne natręctwa i tematy. W miarę ugruntowany pogląd na fotografię. Piszę „w miarę”, bo podlega on jednak pewnym fluktuacjom. Ale też znam cały proces technologiczny i to ułatwia mi zrozumienie charakteru i rangi eksperymentu w fotografii.

Z drugiej strony wiedza (doświadczenie) pozbawia mnie emocjonalnego stosunku do prac; jest to stosunek czysto intelektualny, żeby nie powiedzieć -  konceptualny. Domyślam się, że człowiek „z zewnątrz” (choć takich ludzi coraz mniej, w zasadzie wszyscy dzisiaj w większym lub mniejszym stopniu robią zdjęcia, fotografia dzisiaj staje się bardziej rzeczywista niż rzeczywistość) zareaguje właśnie emocjonalnie – zdziwieniem albo obojętnością. Choć najpewniej cały ten pomysł nieźle go wkurzy. Krótko mówiąc. Zwłaszcza, jeśli zacznie czytać publikację towarzyszącą wystawie w formacie A4, która winna mu pomóc zrozumieć sens działań, a tymczasem sens ów dodatkowo gmatwa. Bo cóż, proszę państwa, znaczą takie informacje, że „sprowadzenie poszukiwania nowych strategii artystycznych do kontemplacji medium wyrażających się formułami w rodzaju 'medium jest przekazem' to droga donikąd, która ogranicza każdy konflikt jedynie do rozważań o technologii”? Co to znaczy dla Polaka z Mielęckiego i Francuskiej, że istnieją tylko dwa podstawowe filary: fotografia reprezentowana przez magazyn „Vice” oraz „wielkoformatowe zamrożenie topologiczne” – parafraza szkoły dusseldorfskiej? Czy też fragment opisu pracy Demiana Berna „Człowiek ten reprezentuje odnoszący się do siebie samego system doprowadzony do ostatecznego końca”? Albo Leddingtona „Zdjęcie pudełka po karuzeli Kodaka jest wyświetlane...” Pierwsze z brzegu przykłady, żeby nie było. Jest tego więcej. Chciałoby się powiedzieć: litości! Chciałoby się również zapytać, retorycznie oczywiście, czy ten bełkot rozumieją tylko w ASP i czy w związku z tym tylko dla tych środowisk wystawa została pomyślana w Katowicach? Bo tak: można by VOM Photo pomyśleć i zrealizować jako wydarzenie branżowe i zamknięte na dodatek, niech sobie łamią języki i co tam jeszcze, na zdrowie. Ale skoro jednak Galeria Miasta Ogrodów, centrum Katowic, wstęp bezpłatny – to warto pomyśleć o odbiorcy. Nawet statystycznym odbiorcy pomyśleć nie zaszkodzi. Przybliżyć jakoś kontekst. To znaczy również: nie przekładać tekstów i wywiadu z kuratorami jak leci. Byle było. Bo są po prostu nieczytelne. Czepiam się publikacji, ale bez niej ani rusz. Nikt z dzieł Matthiasa Wollgasta nie wywnioskuje, że są wykonane metodą stykową (odbitka fotograficzna, uzyskiwana w konsekwencji położenia naświetlonej błony fotograficznej bezpośrednio na papier światłoczuły), nie zrozumie znaczenia odległości miedzy kolejnymi kadrami Crosswalk Harissona ani tego, w jakim celu na piętrze znalazły się niemieckie barwy narodowe. Od biedy prace Rejmani, Vesko Gosela czy Schrerera&Posta, Johanessa Bendzulli (dla mnie to odkrycie wystawy) obronią się same. Ale i one wymagają rzetelnego wsparcia opisowego.

Oczywiście, można powiedzieć, że znajomość procesu technologicznego nie jest konieczna, żeby zaiskrzyło między odbiorcą a dziełem. Można powiedzieć - liczy się forma (ewentualnie: kontekst) i to, co ona robi (lub nie robi) z nami. Nie wiem tylko, czy taka sugestia jest dowodem dialogu czy arogancji. 


Powrót