Wyżej już się mieszkać nie da (Koncert Filharmonia Śląska dla Katowic)

Trzeci raz słyszałem piątą symfonię w wykonaniu filharmoników, za to pierwszy raz w sali koncertowej Akademii Muzycznej

Trzeci raz słyszałem piątą symfonię w wykonaniu filharmoników, za to pierwszy raz w sali koncertowej Akademii Muzycznej. Okazja też nowa, bo urodzinowa. Sto czterdzieści osiem lat Katowic to niewiele – stolica regionu ekstatycznie młoda jest w porównaniu z metrykami innych miast, nie wspominając nawet wieku niektórych drzew. Ale to nie koniec liczebników. Gombrowicz pisał niegdyś w „Dzienniku”, że Niemcy dziewiątą symfonię Beethovena znają zaledwie na dziewięć procent. Być może Polacy piątą znają na pięć? Po arcywykonaniach symfonii c-moll, „symfonii losu”, jak ją czasem nazywają za biografem kompozytora – Antonem Schindlerem, po Mrawińskim i Karajanie, a nawet Kleiberze, słuchać „oczywistych”, akademickich wręcz wykonań się nie da. Debussy narzekał na francuską nadprodukcję „piątej”, nie miał jednak pojęcia o spotach reklamowych czekolady „Leśny duet”, przeglądarki Google Chrome i dzwonkach do telefonów komórkowych. XIX-wieczna nadprodukcja? Raczej asceza w porównaniu z czasami globalizacji. „Piątą” zredukowaną do czterech pierwszych nut, znają chyba wszyscy. „Piątą” w wersji makro ma w repertuarze każda filharmonia, słowem – klęska urodzaju. Perły zaś rodzą się tylko w Deutsche Grammophon. Tyle dygresja.

Tak się złożyło, że rocznicę urodzin, tym razem pełną obchodziłby w grudniu Henryk Mikołaj Górecki. Pomniki kompozytora są i nadal powstają – ostatnio na Placu Grunwaldzkim; muzyka stanowczo mniej trwalsza jest niż spiż czy brąz, bardziej eteryczna, że tak powiem (chociaż to pogląd dyskusyjny, zważywszy na los niektórych pomników w Europie Wschodniej i Środkowej). Góreckiego (jak i Kilara) na koncercie w Akademii Muzycznej zabraknąć nie mogło, chociaż nie oni jedni wyprowadzili muzykę z Kato na sceny światowe (mam na myśli Aleksandra Lasonia i Eugeniusza Knapika). Czasu na „Symfonię pieśni żałobnych” czy „Beatus vir” nie było, czwórki instrumentalistów miary Marka Mosia i spółki czy Kronosów do odegrania któregoś z kwartetów - również, za to świetnie do celu aniwersaryjnego nadawała się 9 minutowa kompozycja z 1980 roku na klawesyn/fortepian i orkiestrę smyczkową op. 40 (porównajcie państwo zresztą obie wersje, żeby zrozumieć, dlaczego wersja fortepianowa musiała czekać aż dziesięć lat na realizację). Sam Górecki nazwał utwór „wybrykiem”, krytyka zresztą skwapliwie trop pochwyciła, zapewne żeby usprawiedliwić krytyczne opinie typu „dwa akordy na krzyż”, „uboga polifonia” i takie tam. Niemniej muszę przyznać, że był to jedyny utwór środowego wieczoru, który wzbudził moje emocje. Nawet mimo nieco „kawaleryjskiego” rytmu, nieco frywolnej drugiej części partii fortepianowej (Anna Górecka), a może właśnie dla tego, że na zasadzie jakiejś przekory następuje ona po ciemnym, repetycyjnym, transowym uderzeniu. Mógłby być koncert muzyczną ilustracją do niejednego dzieła, począwszy od Emila Ciorana „Na szczytach rozpaczy”, po nieludzką samotność monad na płótnach Caspara Davia Friedricha. Oczywiście konkurencji z III Symfonią i II Kwartetem Smyczkowym, czyli z muzycznymi arcydziełami „Koncert na klawesyn” nie wytrzymuje. Dzieła genialne, niestety, rzucają długie cienie. W którymś z wywiadów Górecki wspomniał o swoim domu na Gubałówce tak: „Wyżej już się mieszkać nie da”. Taka metafora na koniec.

 

Radosław Kobierski


Powrót