Cichy bohater głośnej wystawy (Wystawa "Głośno!/Loud!" w Galerii Sztuki Współczesnej BWA)

Nic z tego, powiadam. Ani to łatwa sztuka, ani przyjemna, nie do oglądania w wernisażowym tłumie i nie do medytacji w białych, nieszczelnych boxach.

Trzy podejścia, trzy próby. A właściwie dwie – na wernisażu ekspozycji wideoartu „Głośno!Loud!”
w katowickim BWA, który nieszczęśliwie, a wedle innych w sposób zamierzony, zbiegł się z drugim dniem Festiwalu Tauron Nowa Muzyka byłem tylko
pro forma. Przestrzeń miałem zasymilować, przygotować się na to, z czym będę musiał się zmierzyć w kolejnych dniach; rzecz niekoniecznie sprowadza się tu do jakości, zachodzi jednak poważny stosunek ilościowy – otóż ponad trzynaście godzin materiału video i animacji na jeden raz nie sposób przerobić, nawet jeśli ma się za sobą zamierzchłe doświadczenie kinowe (seanse non-stop w chorzowskim „Pionierze”) czy maratony organizowane co pewien czas dla tolkienofili.

Nic z tego, powiadam. Ani to łatwa sztuka, ani przyjemna, nie do oglądania w wernisażowym tłumie i nie do medytacji w białych, nieszczelnych boxach. Ani tu dać się ponieść fikcji nie sposób, ani zasnąć z nudów, co mi się nieraz w kinie zbyt łzawym albo polskim zdarzało. Głośno jest – i owszem. Czuły, zawodzący głos Bjork przebija mi się do Meredith Monk i „Rock my Religion” Dana Grahama
i nie pasuje do „brudnych” ujęć z Patti Smith ani do „melancholii ruin” – z ducha Sebaldowskiego dokumentu o Ellis Island. Operowe próby Katarzyny Kozyry od biedy współgrają z równoległą pracą Aleksandra Kluge, ale przy Cage’u stają się zbyt natrętne. Laurie Anderson na szczęście snuje swoją opowieść o klonowaniu (vide David Lynch) i Benjaminowskim aniele historii w słuchawkach. Bruce Nauman, choć niesymetrycznie w jednej części dyptyku, również. Takoż i George Dunning i jego Yellow Sumbarine płynie przez surrealistyczny ocean bez zakłóceń z zewnątrz.

Powoli zaczyna do mnie docierać, że tym, czego podświadomie szukam na tej ekspozycji, jest właśnie intymność. Narracja. Potrzeba skupienia. Konieczność integracji. Wbrew tytułowi
i założeniu wystawy – szukam ciszy. Za oknami jest zakorkowane miasto, gotowy utwór i układ taneczny zarazem; mógłby wypełnić wszystkie białe partytury Johna Cage’a. O ile by, poza jedną, zaistniały. Ale ja właśnie wygasiłem przegrzany silnik, przeprawiłem się przez rozkopaną ulicę Korfantego, jestem rozproszony, pofragmentowany. I scala mnie na powrót właśnie dyptyk Naumana – utwór magnetyczny, wychodzony w jego własnej pracowni i psychodelicznie wygrany jednym akordem skrzypiec – trudno sobie wyobrazić lepszą scenografię do „Kalkwerku” Thomasa Bernharda; do wczoraj wydawało mi się, że lepiej od Krystiana Lupy nie można. Z kolei historia sfilmowana przez Shigeko Kubotę – powie ktoś – rażąco nadintymna (jak można tak instrumentalnie potraktować własną żałobę?!) to 15 minutowy zapis wideo, w którym – mówiąc krótko i lapidarnie - Kubota filmuje siebie oglądającą na ekranie żyjącego jeszcze ojca, z którym wspólnie ogląda występ muzyczny w japońskiej telewizji. Uzyskuje w ten sposób zwielokrotniony, niejako pomnożony obraz utraty. Swoisty labirynt luster, który jednakowoż multiplikuje jedynie nieobecność (i w związku z tym pogłębia rozpacz/rozpad). Nieobecność (ale i pojęcie wszechobecnej kontroli) jest również głównym motywem pracy Meredith Monk.

Powiem szczerze – „Ellis Island”, jak i „4.33” Cage’a, „What do you mean we”  Laurie Anderson, „Al lis full of Love” Bjork w reżyserii Chrisa Cunninghama, dyptyk Artura Żmijewskiego oglądałem kilka razy, nie tylko dlatego, żeby usprawiedliwić brak cierpliwości do linearnej i całościowej „lektury” reszty prac. Jeżeli dzieło nie „nakłuwa” mnie, nie znajduję w nim owego punctum, które działa na mnie magnetycznie, nie dochodzi między nami do zawiązania jakiegokolwiek dyskursu, nie zawiązuje jakaś wspólnota doświadczeń, jego odbiór staje się dla mnie czysto „techniczny”.
Albo i nie następuje wcale. Być może brak w takim podejściu elastyczności (albo i wrażliwości), brak „powodów do praktykowania zmiany”.

No właśnie. Zmiana. Metamorfoza. Transgresja. Widać to w niemal wszystkich pracach - od Yellow Submarine po „Gangnam Style” Ai Weiwei’a. Zastanawiam się, czy nie jest ona „cichym” bohaterem głośnej wystawy w BWA. 

 

Radosław Kobierski


Powrót